Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
18
So, listopad

Helena z Woyniewiczów Makowska (1893-1964), światowej sławy aktorka, gwiazda kina niemego,  wystąpiła w ponad 60 filmach, znajdujących się w muzeach i archiwach całej Europy. W Polsce prawie nieznana i często mylona z Heleną Makowską Fijewską – żoną znanego polskiego aktora Tadeusza Fijewskiego. Siostra Witolda  Woyniewicza – wybitnego warszawskiego architekta, zdobywcy wielu nagród i wyróżnień, jeszcze rzadziej wspominanego niż ona sama. W okresie międzywojennym rodzeństwo Woyniewiczów zaangażowało się w politykę antysowiecką. W czasie II wojny światowej oboje znaleźli się poza granicami Kraju, po jej zakończeniu już nigdy do niego nie powrócili. Witold Woyniewicz zmarł w 1962 roku w Rio de Janeiro, jego grobu nie udało się dotychczas odnaleźć. Helena Makowska zmarła 22 sierpnia 1964 roku w Rzymie i pochowana została na cmentarzu Campo Verano w tym mieście. Czytaj więcej >

Alina Bala

opracowanie red. tekstu:

Agata Rola-Bruni – Stowarzyszenie LE RONDINI

Edyta Ścibior

 

„Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci”

W. Szymborska

22 sierpnia (piątek) o godz. 18.30

w kościele polskim św. Stanisława B.M w Rzymie odprawiona zostanie Msza św.

za duszę

ś.p. Heleny Makowskiej z Woyniewiczów

w 50. rocznicę śmierci

o czym zawiadamia Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne LE RONDINI

 

W tym roku, po raz pierwszy w historii włoskiego boksu, dzięki zmianom w regulaminie tutejszej Federacji Boksu, zawodnicy nieposiadający włoskiego obywatelstwa, którzy na stałe mieszkają we Włoszech, mogli wziąć udział w Mistrzostwach Włoch. Dorota Kusiak – reprezentująca klub Costantino Boxe z Ferrarynie mogła przegapić nadarzającej się okazji i tak, 13 lipca w Rzymie (Ostia), podczas Mistrzostw Włoch seniorek (Elite) młodziutka zawodniczka zdobyła złoty medal w kategorii piórkowej (57 kg).  Z polską Mistrzynią Włoch w boksie rozmawia Anna Malczewska.

Dorota z Pino Costantino / foto arch. prywatne

Gratulacje. Złoto na Mistrzostwach Włoch to wielki wyczyn, tym bardziej, że po raz pierwszy mogłaś wziąć w nich udział.

Dziękuję. Tak, to była moja pierwsza przygoda na Mistrzostwach Włoch, bo dopiero w tym roku tutejsza Federacja (Federazione Pugilistica Italiana), zmieniając regulamin dopuściła do zawodów obywateli obcych krajów, którzy na stałe mieszkają w Italii. Poziom zawodów był wysoki, a to dzięki temu, że w ostatnich latach boks kobiet bardzo szybko się rozwija. Ja startowałam w kategorii 57 kg, w której były też: Sara Elisa Iuculano - trenowana przez wielokrotnego Mistrza Świata, Alessandro Duran w Ferrarze; Marzia Verrecchia - dwukrotna Mistrzyni Włoch 57 kg i zawodniczka kadry narodowej Italii; Althea Ciminiello - Mistrzyni Włoch 54 kg, która wróciła na ring po kilkuletniej przerwie; Francesca Pietrolungo – obecna od kilku lat w finałowych walkach w najważniejszych turniejach i zawodach narodowych. Poza tym: Nicole Perona, Diana Venditti, Vissia Trovato.

W walce o medal musiałaś wygrać trzy pojedynki. Czy była to ostra walka?

Pierwszego dnia wygrałam 3:0 z Nicolą Perona, zawodniczką której nie znałam i z którą było mi ciężko boksować, a drugiego w półfinale z Francescą Pietrolungo 3:0 - moją finałową przeciwniczką ze Złotej Rękawicy, która pierwszego dnia pokonała Elisę Iuculano. Walkę z Pietrolungo uważam chyba za najlepszą w mojej karierze, pomimo tego żejuż w pierwszej rundzie zostałam przez nią uderzona głową w nos, przez co sędzia mnie liczył, ale poza tym incydentem przez cała walkę dominowałam zarówno w ataku, jak i w defensywie. Finałową walkę, bardzo intensywną i wyrównaną, stoczyłam z Marzią Verrecchia i wygralam 2:1.

Pomimo wygranej, nie możesz reprezentować Włoch na arenie międzynarodowej.

Wygrywając te zawody zostałam pierwszą zawodniczką w historii włoskiego boksu, która zdobyła tytuł Mistrzyni Włoch nie posiadając obywatelstwa włoskiego! Niestety nie mogę reprezentować Italii na arenie międzynarodowej, ponieważ nie posiadam do tej pory obywatelstwa włoskiego.

foto: arch. prywatne Doroty Kusiak

Jesteś dwukrotną brązową medalistką Mistrzostw Polski, tegoroczną złotą medalistką Akademickich Mistrzostw Włoch. W tym roku wygrałaś także Złotą Rękawicę. Odnosisz ostatnio same sukcesy.

Boks jest moją pasją. Spędzam na ringu większą część czasu. Niestety nie jestem zawodniczką zawodową i nie mogę się mojej pasji w pełni poświęcić. Niedawno skończyłam studia na wydziale rehabilitacji psychiatrycznej, a teraz studiuję pedagogikę dla uczniów z niepełnosprawnością sensoryczną. Pracuję jako nauczycielka w przedszkolu, dlatego też, jak sama widzisz, czasu na boks nie mam za dużo. Ale, jak tylko mogę, idę na treningi i daje z siebie wszystko na zawodach.

Mieszkasz w Ferrarze od 10 lat. Tutaj poznałaś swojego męża – Pino Costantino, który jest Twoim trenerem. W sierpniu minie wasza pierwsza rocznica ślubu. Jak wygląda taka miłość na ringu?

(Śmiech) Nie istnieje miłość na ringu. Podczas treningów jestem zawodniczką i jestem traktowana tak, jak wszyscy inni. Nie jestem z tego powodu faworyzowana. 

Można by powiedzieć, że ród Poniatowskich od zawsze był związany z Włochami. Ponoć ich korzenie wywodziły się z wielowiekowego rodu Torelli z Ferrary.
 
Gdy jednak Stanisław August Poniatowski zasiadł na tronie królewskim Polski i Litwy, wydawało się, że także jego potomków i najbliższych krewnych  historia zapamięta jako najwyższych osobistości naszego kraju, a tymczasem...
 
Carlo, Elisa i Giuseppe Poniatowski
fot. luigiverdi.it

Z pewnością dla wielu naszych czytelników nazwisko Rafała Nordwinga skojarzy się z wiadomościami sportowymi - autorską rubryką młodego sportowca, którą prowadził przez ponad rok na łamach „Naszego Świata”. Od tego momentu minęło już sporo czasu, ale redakcja śledziła pilnie poczynania młodego lekkoatlety, który po kilku latach przerwy znowu powrócił do biegania. Wyniki ostatnich zawodów mówią same za siebie, Rafał ma szansę na zrobienie kariery i kto wie, może już w przyszłym roku zobaczymy go na podium... Z młodym maratończykiem, który za kilka tygodni zostanie ojcem rozmawia Anna Malczewska

Rafał Nordwing / foto: archiwum prywatne18 maja zająłeś 5 miejsce w maratonie „Race for the Cure”, kilka dni temu 4 pozycja podczas nocnego maratonu Corri Roma. To bardzo dobre wyniki, zważywszy, że w tego rodzaju imprezach bierze udział kilka tysięcy osób.

To były naprawdę duże i dobrze zorganizowane biegi. Cieszę się, że udało mi się zająć w nich tak wysokie miejsca. "Race for the cure" był chyba jednym z największych we Włoszech maratonem, na starcie stanęło ponad 70 tys. ludzi. Natomiast "Corri Roma" to drugi pod względem popularności bieg nocny w kraju. Stawka była dość silna, dwóch pierwszych zawodników na mecie pochodziło z Afryki. Ja byłem drugim białym, który przeciął linię mety.

Reprezentujesz barwy jakieś włoskiego klubu?

Tak, jestem członkiem LBM Sport Team Roma, klubu, który zrzesza w swoich szeregach ponad 700 osób. Większość z nich biega czysto amatorsko, ale jest wśród nas kilku biegaczy na wysokim poziomie.

Zamiłowanie do biegów narodziło się jeszcze, kiedy mieszkałeś w Polsce. Od ilu lat trenujesz??

Moja przygoda z lekkoatletyką zaczęła się jeszcze w gimnazjum. Oczywiście były to biegi międzyszkolne, w których zajmowałem czołowe pozycje. Wkrótce dołączyłem do lokalnego amatorskiego klubu biegacza z mojego miasta, Nowego Dworu Mazowieckiego. Na jednym z biegów zostałem zauważony przez trenera warszawskiej Legii, z którym współpracowałem przez kilka miesięcy. Następnie przeszedłem do stołecznej Warszawianki, w której występowałem i rywalizowałem z najlepszymi atletami w Polsce. Zarówno w biegach ulicznych jak i na stadionie.

Potem, w 2009 roku przyjechałeś do Włoch i jak większość emigrantów na początku byłeś zmuszony do odstawienia pasji na drugi plan, ponieważ najważniejsza w tym czasie była praca i ustatkowanie się. Kiedy zdecydowałeś się powrócić do biegów?

Dokładnie, na początku nawet nie myślałem o bieganiu, najważniejsza była praca i zapewnienie sobie godnego bytu. Dopiero w marcu zeszłego roku podczas oglądania Maratona di Roma narodził się pomysł, żeby wrócić do sportu. Na początku miało to być czysto amatorsko, tak rekreacyjnie dla zdrowia. Potem biegałem coraz więcej, startując w międzyczasie w kilku mniejszych zawodach. Za namową mojej narzeczonej i jej rodziny postanowiłem bardziej przyłożyć się do treningów. Od początku tego roku trenuję z większym zaangażowaniem.

Trenujesz codziennie? Ile km pokonujesz dziennie?

W tygodniu mam 6 dni treningowych. W tym 3-4 razy biegam dwa razy dziennie. Pierwszy trening o świcie, o 5: 30, następny po powrocie z pracy. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć ile kilometrów dziennie pokonuję, bo każdy trening jest inny. Jednego dnia robię wolne długie wybieganie, podczas którego przebiegam 24-25 km. Na innym typie treningu pokonuje dystans np. 12 km podzielony na 12 lub 6 odcinków (po 1 lub 2 km każdy), które przebiegam na prędkościach, które osiągam na zawodach, zmuszając organizm do bardziej wytężonej pracy. Ogólnie w ciągu tygodnia robię ok. 80-100 km. W zależności od zawodów, do których się przygotowuję. Moim celem w przyszłości na pewno będzie dystans pełnego maratonu (42 km i 195 m). Wtedy zwiększę kilometraż do ok. 140-150 km tygodniowo. Moim marzeniem jest wystartowanie na dużej imprezie właśnie na tym dystansie. Obecnie wyznaczniki na Mistrzostwa Europy nie są wysokie, być może przy dobrych przygotowaniach nawet osiągalne. Ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Za kilka tygodni zostaniesz ojcem, jak widzisz siebie w tej roli?

Wierzę w siebie, sport wyostrzył mi charakter i nauczył cierpliwości. Dzięki tym cechom będę dobrym ojcem. Na pewno przybędzie mi obowiązków, będzie ciężko przynajmniej na początku pogodzić treningi z pracą i życiem rodzinnym. Ale dam radę. Trenerzy mi mówili, żeby nigdy nie odpuszczać.

Czy chciałbyś, by Twój syn został zawodowym sportowcem?

To chyba marzenie każdego ojca. Byłoby mi bardzo miło, gdyby mój syn został sportowcem, ale to będzie jego wybór. Na pewno nie będę wywierał na niego nacisku. Niech robi to, co chce, najważniejsze, żeby był szczęśliwy i nie robił nic z przymusu. To ma być pasja, a nie obowiązek.

Jadwiga Zawlińska mieszka we Włoszech (w Casercie) zaledwie od kilku miesięcy. Zderzenie z nową rzeczywistością – czasami ciekawą, dziwną, piękną, a czasami okrutną – sprawiła, że młoda Polka postanowiła założyć blog Włochy by Obserwatore.eu, na którym oprócz uroków południowej Italii opisuje blaski i cienie życia w tej części kraju.

Jadwiga Zawlińska / foto: archiwum prywatneOd kiedy i z jakiego powodu zamieszkałaś we Włoszech?

We Włoszech mieszkam od ponad pół roku. Choć tak naprawdę, można powiedzieć, że jedną nogą jestem w Krakowie (skąd pochodzę i gdzie zawsze mieszkałam) a drugą we Włoszech. A dokładnie Casercie koło Neapolu czyli Włoszech Południowych. Cały czas jednak krążę pomiędzy Polską, Włochami Północnymi i Południem: częściowo również przez interesy, które nadal trzymają mnie w Polsce.

We Włoszech mieszkam z moim partnerem – zarówno życiowym jaki i biznesowym. Taka była przyczyna mojej, nie ukrywam, że ciężkiej decyzji. Decyzji podjętej po latach konsekwentnego rozwoju mojej ścieżki zawodowej w Polsce, mając świetną pracę, najlepszy na świecie dom rodzinny, ustabilizowane życie, wygodne mieszkanie a dodatkowo góry i Kraków – czyli miejsca, które kocham.

Opowiedz proszę jak wygląda spotkanie dwóch kultur „pod jednym dachem”.

Dopóki się mieszka wśród osób, które myślą w podobny sposób, ponieważ wyrośli w podobnym kręgu kulturowym większość rzeczy wydaje się być oczywiste. Zmiana otoczenia prowokuje co najmniej zaskakujące sytuacje – dla obu stron. Dlatego na blogu w zakładce o mnie napisałam, że „dwunarodowy dom to dwie małe stabilizacje wytrącone ze swoich utartych ścieżek”. Tak jak dla mnie nie jest oczywiste, że zamiast zupy na pierwsze danie podaje się makaron (codziennie!), tak dla Włocha jest zaskakujące, że makaron chcę popijać gorącą herbatą (zawsze to samo pytanie: źle się czujesz?). Kiedy w Polsce po 20: 00 raczej się już nie dzwoni do znajomych (mogą dzieci spać…) i powoli przymierza się do spania, na południu po 21: 00 zakwita życie - wychodzi się na kolację, spacer, do znajomych. Z dziećmi.

Całkiem inna jest również mentalność – Włosi są bardziej ekspresyjni, głośni, pewni siebie i przebojowi. Cały czas są w ruchu, w grupie, cały czas coś się dzieje, ktoś przyjeżdża, krzyczy, dzwoni… Na początku byłam kompletnie wybita z rytmu – w tym kołowrotku trudno się skupić, a czasem praca tego wymaga. I nikt mi nie odpowiadał na dzień dobry: nawet nie przez złośliwość, po prostu nikt nie słyszał bo mówiłam za cicho. Dziś już wiem, że należy z rozmachem otworzyć drzwi już z ulicy krzycząc „buongiorno”! Każdy odpowiada.

Nie zawsze jednak to ja się naginam idąc na kompromis i głośno mówię, kiedy z czymś nie zgadzam się. Dlatego przez niektórych jestem uważana za niepokorną. Jednak dla mnie spotkanie dwóch kultur to nie powinno być narzucenie swoich przyzwyczajeń i sposobu myślenia drugiej osobie, ale szkoła wspólnego tworzenia, świadomego wyboru i obiektywnego myślenia, a wreszcie kompromisu.

W jaki sposób postrzegasz Włochów, szczególnie tych z Południa?

Południowi Włosi są bardzo rodzinni i praktycznie życie społeczne oznacza życie w kręgu rodziny. Lubią wspólnie biesiadować, spokojnie spędzać czas. Choć na pewno nie potwierdzę ogólnie panującego przekonania, że są leniwi. Z uwagi na firmę obracam się w środowisku restauracji, pizzerii, agroturystyk i tego typu struktur i wiem, że pracuje się od rana do nocy. Może to kwestia środowiska - to są ludzie aktywni, właściciele firm, którzy chcą rozwijać się w życiu.

Natomiast trzeba też zdawać sobie sprawę, że południe boryka się z naprawdę poważnymi problemami: bezrobocie, bardzo niskie stawki zarobków, niski poziom wykształcenia, jedno źródło przychodów poprzez utrwalony model rodziny, gdzie pracuje tylko mężczyzna, a kobieta prowadzi dom (w dowodzie ma wbite pani domu jako zawód!). Dodatkowo sporo jest pracowników napływowych (z Maroka, Albanii), przez których stawki w niektórych zawodach obniżyły się nawet o połowę (!).

Niestety jest to również region o wysokiej przestępczości. Camorra, można powiedzieć, to subkultura. Kilka dni temu, 16 maja, obchodzona była rocznica zabójstwa ojca mojej znajomej Włoszki - przedsiębiorcy, który w 2001r odmówił płacenia haraczy do Camorry. W 2008r. został zastrzelony. Ta rocznica skłoniła mnie do napisania postu o organizacjach mafijnych – Mafia, Camorra, ‘Ndragheta – ciemna strona Włoch, który można przeczytać na moim blogu www.obserwatore.eu.

Przed przeprowadzką do Włoch dużo podróżowałaś. Te wyjazdy stały się Twoim sposobem na życie. Opowiedz o Twojej pasji.

Tak, od zawsze byłam „w ruchu”. Przez wiele lat pracowałam jako przewodnik górski i pilot wycieczek jeżdżąc praktycznie po całej Europie. Później stopniowo ukierunkowałam się na import i produkcję. Jako kupiec, później product manager w największych firmach odzieżowych w Polsce miałam możliwość regularnego podróżowania po Azji i Europie. Zawsze podczas wyjazdów służbowych starałam się, w miarę wolnego czasu, zobaczyć miejsca. Nieważne czy to była bliska Warszawa albo Berlin, czy odległe Shanghaj, albo Hong Kong. Pamiętam, że na targach w Dubaju, z braku wolnego czasu, poprosiliśmy taksówkarza o pokazanie nam najważniejszych miejsc. Mieliśmy zatem prywatną wycieczkę (a, że taksówki kosztują tam grosze…). W wyjazdach prywatnych starałam się natomiast dotrzeć do miejsc poza szlakami biznesowymi – Malezja, Indonezja, Turcja, Syria…

Natomiast mój pierwszy kontakt z Neapolem nie był szczególnie miły. Jak zwykle, po spotkaniu biznesowym, wieczorem wybrałam się na spacer – zobaczyć morze. Po kilkuset metrach musiałam zawrócić, ponieważ nie mogłam odgonić się od przyczepiających się mężczyzn, którzy zagadywali mnie w ich dialekcie i nie dali się odpędzić. Po prostu się wystraszyłam - poczułam się jak w południowo-wschodniej (nieturystycznej) Syrii, gdzie, jeśli tylko nie było obok któregoś kolegi, zaczepiali mnie i chcieli dotykać pomimo zakrytych włosów, rąk i nóg. Na następny dzień poprosiłam dostawcę, czy może mi towarzyszyć podczas kolacji bo boję się sama wyjść. Pierwszy i ostatni raz w mojej karierze biznesowej. Okazuje się, że po włóczeniu się po azjatyckich, zacofanych krajach – również sama – wracam do Europy i ... „hello! my friend!”.

Od 2 miesięcy zaczęłaś prowadzić blog Włochy by Obserwatore.eu, którego głównym celem jest przybliżenie czytelnikom południowych Włoch i to nie tylko z turystycznego punktu widzenia. Opowiedz więcej o zamierzeniach stworzenia bloga i czym w Twoim zamyśle ma być.

Pomysł na prowadzenie bloga powstał około 3 miesiące temu po spędzonych kilku miesiącach we Włoszech. To jest pewnego rodzaju sposób na wyrażenie tego wszystkiego co odkrywam na miejscu - jest dla mnie nowe, dziwne, ciekawe, piękne… A, że już wcześniej wielokrotnie podróżowałam do Włoch, miałam możliwość poznania wielu miejsc, ludzi, wiele ciekawych opowieści.

Blogowanie jest dla mnie całkowicie nową dziedziną i uczę się wszystkiego od zera, metodą prób i błędów. Każdy tydzień przynosi nowe pomysły. Myślę, że za kilka tygodni będę mogła odpowiedzieć konkretniej o zamierzeniach na kolejne lata.

Blog, jak zauważyłaś, nie jest jedynie turystyczny. Choć chętnie dzielę się również wiedzą o miejscach, które zobaczyłam i które mnie oczarowały. Najważniejsze dla mnie jest przekazywanie rzetelnych informacji. Dlatego piszę o miejscach, gdzie byłam, w artykułach często sięgam do wiadomości z pierwszej ręki, albo źródeł - często włoskich lub angielskich.

Czym zajmujesz się oprócz pisania bloga?

Jak pisałam wyżej prowadzimy wraz z moim partnerem firmę. Jest ona stosunkowo „świeża”. Po okresie rozwoju, pozyskiwania klientów, inwestowaniu w rozwój szkoda było ją porzucać.  To była również główna przyczyna decyzji o przeniesieniu się do Włoch. Choć osobiście preferowałabym zamieszkanie w Krakowie. Może w przyszłości. Oczywiście chcę też podtrzymywać kontakty w branży odzieżowej i korzystać z możliwości jakie daje rynek włoski – w końcu moda włoska jest znana i ceniona na całym świecie!

Dziękuję bardzo za rozmowę.

rozmawiała Anna Malczewska