Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
18
So, listopad

Na początku czerwca (9 i 10) w Gravina di Catania odbędą się wybory do Rady Miasta. Jedną z kandydatek na stanowisko radnego jest Agnieszka Juzak, która od 15 lat mieszka w Katanii. Pani Agnieszka na co dzień prowadzi agencję promocji świadczącą różnego rodzaju usługi. W swoim programie wyborczym opiera się na idei listy wyborczej „Insieme per Gravina”, ale nie zapomina również o cudzoziemcach, którym chce pomóc. Z Agnieszką Juzak rozmawia Anna Malczewska.

Agnieszka JuzakJak to się stało, że zdecydowała się Pani kandydować na fotel radnego w najbliższych wyborach do Rady Miasta Gravina di Catania?
Od dawna współpracuję z administracją miasta w charakterze tłumacza przysięgłego oraz przy organizacji imprez mających na celu promocję Gravina di Catania (koncerty, targi, spektakle). Rok temu wiceburmistrz Graviny - Alfio Nicosia zaproponowal mi wystąpienie w wyborach samorządowych ze swojej listy "Insieme per Gravina" . Po zapoznaniu sie z programem partii nie miałam żadnych wątpliwości w podjęciu decyzji. I tak to się zaczęło.

Od ilu lat mieszka Pani we Włoszech i jaki był powód przyjazdu tutaj?
Mieszkam w Katanii od 15 lat, a powodem mojej emigracji, jak u większości Słowianek była szalona i trwająca do dnia dzisiejszego miłość do mojego męża Antoniego, którego poznałam w Hiszpanii. Mamy 12-lenią córkę- Paolę, która od samego początku wspiera mnie w tym przedsięwzięciu.

Czym zajmuje się Pani zawodowo?
Prowadzę z sukcesem agencję promocji, świadczącą usługi na najwyższym poziomie związane z obsługą targów, konferencji, bankietów i imprez firmowych. Zajmuję się wynajmem hostess, modelek i modeli, organizacją akcji promocyjnych, spektakli teatralnych i koncertów. Klientami mojej firmy są miedzy innymi centra handlowe, Urzędy Miasta. Oprócz tego od lat jestem również tłumaczem przysięgłym języka włoskiego.

Pod koniec maja w wielu włoskich miastach odbędą się wybory samorządowe. Z danych, które uzyskaliśmy z biur wyborczych wynika, że Polacy nie są zainteresowani włoskimi wyborami, pomimo tego, że jako obywatele UE mają do tego pełne prawo. Dlaczego tak jest?
Myślę, że większość Polaków nie posiada meldunku ani nie zna prawa, które upoważnia ich do czynnego oraz biernego udziału w ww. wyborach. Ponadto uważam , ze my, Polacy jesteśmy patriotami i mimo emigracji jesteśmy bliżej polityki polskiej niż kraju osiedlenia.

Jaki jest Pani program, co chciałaby Pani zrobić dla miasta?
Mój program opiera się na idei listy wyborczej, z której kandyduję. Są jednak niektóre punkty, które w większości skierowane są do obcokrajowców między innymi. Chodzi tu m.in. o stworzenie punktów obsługi prawnej i rachunkowej, kursów językowych, a w szczególności włoskiego dla obcokrajowców. Pragnę zajmować się także ochroną praw obywatelskich (wspieranie środowisk i praw mniejszości narodowych), organizacją pobytów edukacyjno - wypoczynkowych dla osób niepełnosprawnych. Mam nadzieję, że gdy wejdę do Rady Miasta uda mi się doprowadzić do sfinalizowania, otwartej już praktyki - umowy partnerskiej pomiędzy Gravina di Catania a Chełmem. Oprócz tego chciałabym doprowadzić do otwarcia gminnego żłobka z funduszów Urzędu Miasta, ponieważ pomimo tego, że Gravina di Catania liczy 30 tys. obywateli, proszę sobie wyobrazić, że nie ma tutaj żadnego żłobka, nawet prywatnego. W moim programie zawarłam także pozyskiwanie środków z Unii Europejskiej na rozwój miasta oraz wymianę międzyuczelnianą i naukową z krajami UE.

Czy w Gravina di Catania mieszka dużo Polaków?
Jak już wcześniej wspomniałam, w Gravina liczy 30 tys. mieszkańców z czego 2000 to obcokrajowcy. W mieście żyje też dość dużo Polaków (200) i mam nadzieję, że będę mogła na nich liczyć w tych wyborach.  11 maja o godzinie 19.30 organizuję w Villa Comunale „Majówkę”, gdzie przedstawię przybyłym szczegółowo mój program wyborczy, a przy okazji będzie to doskonała okazja do kolejnego spotkania przy grillu.


Życzę Pani powodzenia.
Dziękuję bardzo.

Jest filologiem slawistą, tłumaczem, działaczem polonijnym i literatem.  Studiował między innymi  na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie w Treście, a następnie szlifował znajomość języków (zna ich kilka) podczas pobytów w Serbii, Chorwacji i Słowenii.  Od trzech lat mieszka we Włoszech. Od kilku miesięcy jest wykładowcą akademickim na wydziale slawistyki Uniwersytetu w Udine.  Kontrakt na uczelni uzyskał po wygraniu konkursu państwowego. Biorąc pod uwagę jego imponujące CV i wszechstronne, staranne wykształcenie można by rzec:  ot, naturalny bieg kariery ambitnego uczonego.  Jednak jest coś, czym Adrian Mroczek zadziwia wielu: ma zaledwie 25 lat! I jak wynika z danych, do których udało się dotrzeć redakcji „Naszego Świata” jest obecnie najmłodszym docentem akademickim z wszystkich włoskich uczelni.

Adrian Mroczek / foto: archiwum prywatnePrzybliżamy Wam sylwetkę Adriana Mroczka, rekonstruując etapy poznania go przez nasz zespół redakcyjny, dzieląc się jednocześnie przyjemnością odkrywania rodaka, który poprzez swoją pracą i życie, świadomie czy też  spontanicznie, pięknie rozsławia nasz kraj na ziemi włoskiej.

Zaczęło się od listu do redakcji
Kilka dni po Nowym Roku otrzymaliśmy e-mail, którego fragmenty cytujemy: „Nazywam się Adrian Mroczek (mieszkam w Udine) i od pewnego czasu czytam Państwa dwutygodnik „Nasz Świat". W związku z tym chciałbym zwrócić uwagę na kilka spraw dotyczących gazety, głównie odnoszących się bardziej do warstwy technicznej niż merytorycznej, które według mnie (…) należałoby zmodyfikować. (...). Chciałbym zaznaczyć, że nie staram się w żadnym razie krytykować sposobu prowadzenia gazety oraz kompetencji poszczególnych osób, ale chcę pomóc w uczynieniu tej gazety bardziej profesjonalnym medium.
Nawet po pobieżnym przejrzeniu gazety w oczy rzuciło mi się kilka rażących błędów i niedoskonałości, których, moim zdaniem, łatwo się pozbyć, ale wymaga to nieco więcej skupienia i uwagi przy ostatecznym nadawaniu kształtu artykułom.  (…)”.
Adrian Mroczek nie ograniczył się bynajmniej do przesłania słów konstruktywnej krytyki, ale zaoferował jednocześnie swoją pomoc w zakresie korekty stylistyczno-językowej naszego pisma. Wszystkie cenne uwagi jak i oferowane wsparcie przyjęliśmy z wdzięcznością, gdyż mimo wielu trudności, z jakimi boryka się nasza redakcja, nie ustajemy w dążeniu do tego, aby „Nasz Świat” był pismem, którego nie powstydzi się ani zespół redakcyjny, ani jego czytelnicy.

„Coś Wam powiem”
–Taki tytuł nosi rubryka w NŚ oraz blog tego niestrudzonego ambasadora polszczyzny najwyższych lotów, w której w przystępny sposób odsłania nam tajniki poprawności językowej. Porady te szybko zyskały uznanie Polaków we Włoszech i włoskich polonofilów. Przykładowo  artykuł  Mroczka zatytułowany Dlaczego mówimy „Włochy”, a nie „Italia” w dniu jego publikacji w witrynie internetowej  NŚ zainteresował ponad 3 tysiące użytkowników.
Jak wyznał w rozmowie z „Naszym Światem” Adrian Mroczek na studia filologiczne trafił nie od razu. Jeszcze przed zdaniem matury, jako nagrodę za wygranie olimpiady z wiedzy historycznej otrzymał indeks na studia w tym kierunku. – Po pierwszym roku stwierdziłem, że nuży mnie ta dziedzina nauki i postanowiłem przenieść się na slawistykę. Od dawna pasjonowała mnie nauka języków obcych. Po opanowaniu  kilku języków słowiańskich postanowiłem nauczyć się przynajmniej po jednym języku z grupy  romańskiej i  germańskiej, stąd moje podróże i pobyty w kilku krajach europejskich w okresie studiów.
Na pytanie, który z kilku  języków, jakimi włada,  jest mu szczególnie bliski, odpowiada ze śmiechem: - Chyba staro-cerkiewno-słowiański.  Po pierwsze dlatego, że swoją pracę magisterską poświęciłem właśnie badaniom nad nim, a po drugie dlatego, że dzięki niemu poznałem swoją narzeczoną. Ilaria jest Włoszką, nieprzypadkowo więc mój pobyt na Półwyspie Apenińskim się przedłużył.
Od początku drugiego semestru bieżącego roku akademickiego Adrian Mroczek prowadzi zajęcia z gramatyki opisowej na drugim roku polonistyki w Udine oraz ćwiczenia z zakresu translacji dla magistrantów. Jak zwierza się w czasie rozmowy z NŚ, praca w charakterze wykładowcy daje mu mnóstwo osobistej satysfakcji, ale też wymaga sporo wysiłku. – Wśród studentów są zarówno Włosi, zafascynowani językiem polskim, jak i Polacy. Stoi zatem przede mną trudne zadanie wymyślenia takiego scenariusza zajęć, który umożliwi wszystkim studentom efektywne zdobywanie wiedzy – wyjaśnia.

Literat amator (nie mylić z amatorem literatek)
– Tak pisze między innymi o sobie Adrian Mroczek na swoim blogu (http://cosmopolacco.blogspot.it). Jego ulubioną formą literacką jest limeryk.  „Limeryk - niby nic, a cieszy.  Chyba taka właśnie powinna być definicja tej krótkiej anegdoty lirycznej - zwięzła i nieco zaskakująca, jak sam limeryk. Nie podaję tu objaśnień encyklopedycznych, bo każdy może sprawdzić je we własnym zakresie. Mnie chodzi o coś innego. Jest kilka reguł, które nadają limerykom ich specyficzną formę, ale nie zawsze są one w równym stopniu respektowane. Najważniejsza jest idea.
Limeryk jest przede wszystkim grą, zabawą, która sprawia przyjemność nie tylko czytelnikowi, ale także (a może w szczególności!) autorowi. Dla mnie jest on naprawdę ciekawym ćwiczeniem intelektualnym, które polecam każdemu. Daje ono wiele satysfakcji oraz poczucie, że jest się osobą kreatywną. Ciekawe uczucie, a przy tym bardzo łatwo osiągalne! Wystarczy napisać limeryk. Niby nic, a cieszy!” – wyjaśnia w jednym z postów.  
Oto jeden z limeryków jego autorstwa, który szczególnie spodobał się naszej redakcji:
Żył pewien polonista w Radnie,
co Pomysł psa nazwał był ładnie
i myśl mu zabłysła,
że "MAM POMYSŁA"
można powiedzieć poprawnie.

Działalność społecznikowska na rzecz promocji kultury polskiej we Włoszech.
W czynie społecznym, i kiedy tylko ma ku temu sposobność, Adrian Mroczek wspiera pracę naszego  zespołu redakcyjnego w zakresie korekty. Jednak swoją działalność na rzecz promocji pozytywnego wizerunku Polski i Polaków we Włoszech rozpoczął już tuż po przybyciu do Włoch. – Kiedy stało się jasne, że zostanę w Italii na dłużej, zapragnąłem nawiązać kontakt z jakimiś Polakami zamieszkałymi w Udine lub okolicach. Dowiedziałem się o istnieniu Grupy Polonijnej, animowanej przez pana Włodzimierza Borowskiego.  Grupa ta, której szybko stałem się aktywnym członkiem, w marcu bieżącego roku zarejestrowała swoją działalność pod nazwą: Stowarzyszenie Promocji Społecznej POLONIK (POLONIK Associazione di Promozione Sociale), z siedzibą w Udine.

Zachęcamy do śledzenia bloga Adriana Mroczka http://cosmopolacco.blogspot.it, który jak pisze:
„powstaje jako wyraz moich zainteresowań, pasji i przemyśleń. Będę starał się opisywać to, co mnie zainteresowało, pobudziło moją wyobraźnię, zdenerwowało, poirytowało czy zachwyciło. Tematyka będzie zróżnicowana, tak jak zróżnicowane są moje zainteresowania. Po pewnym czasie, w miarę pisania, poznacie mnie lepiej (i myślę, że ja siebie też poznam lepiej) i będziecie wiedzieć, czego się spodziewać, wchodząc na tę stronę. Głównie będę się zajmował tematyką języków obcych (znam ich kilka), związkami polsko-włoskimi (od prawie 3 lat mieszkam we Włoszech, tutaj też skończyłem studia magisterskie) oraz życiem Polonii włoskiej (w Udine, gdzie mieszkam, tworzy się polskie stowarzyszenie). Wszystko to w przystępnej formie, która, mam nadzieję, spodoba się czytelnikom. (…) Ten blog jest także próbą zmierzenia się z samym sobą i poznania własnych możliwości pisarskich. Nie ma dla mnie nic bardziej motywującego niż świadomość, że moje teksty będą czytane i oceniane przez innych. W życiu przychodzi taki moment, w którym należy zdać sobie sprawę, że pisząc do szuflady niczego się nie osiągnie. Należy otworzyć się na świat. Dziś jest to dziecinnie łatwe - blog daje taką możliwość i chcę z tego skorzystać. Najtrudniej jest zacząć. Jak zawsze. We wszystkim. Potem będzie z górki. Trzeba zrobić ten pierwszy krok. Oto mój”.

Danuta Wojtaszczyk

Jak już nie raz pisałam na łamach „Naszego Świata”, jestem przekonana, iż największym atutem Polski są… Polacy! A dokładniej ich talent i kreatywność. Miałam zaszczyt już nie raz przybliżyć sylwetki wyjątkowych rodaków, którzy żyją i  pracują we Włoszech.  Warto podkreślić to, iż wszyscy oni osiągnęli sukces, dzięki swojej ciężkiej pracy i determinacji, często na przekór przeciwnościom, które niesie ze sobą życie na emigracji. Kolejną wyjątkową Polką mieszkającą we Włoszech, jaką dane jest mi przedstawić jest Beata Anna Sokołowska.  Mimo, iż jej mąż  jest Włochem, jak większość cudzoziemców żyjących w Italii, również ona miała w swojej pracy i życiu w Italii raczej „pod górę”, niż „z górki”.

Pani Beata potrafi łączyć pracę śpiewaczki operowej i  nauczycielki śpiewu z obowiązkami mamy dwójki małych dzieci, jednak, to, co najbardziej urzeka w jej osobie to fakt, że jest Człowiekiem przez duże „C”. Jest niestrudzoną dostawczynią pozytywnej energii  oraz takich, jakże często spychanych współcześnie na drugi plan wartości, jak Dobro, Piękno i Prawda.  Przekonajcie się sami. Zapraszam do lektury zapisu zwykłej rozmowy z tą niezwykłą Polką.


 

Kiedy zaczęła się Pani przygoda muzyką?
Miałam 5 lat. Mama po powrocie z Rosji tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, przywiozła mi w prezencie „gnomik” - małe pianinko na baterie. Po powitaniach radosna gromadka przeniosła się na wyższe kondygnacje (dom rodzinny jest dosyć duży), a ja zostałam sama z grającym prezentem w kuchni. Po pewnym czasie członkowie rodziny zjawili się z powrotem (mało nóg nie połamali na schodach) słysząc dolatującą z kuchni melodię „Wśród nocnej ciszy”.... i zobaczyli mnie promieniującą, szczęśliwą i dumną. Okazało się, że pamiętając melodię znanej polskiej kolędy odtworzyłam ją na pianinku ze słuchu, ku zdziwieniu całej rodziny. Rodzice postanowili coś z tym zrobić i oddali mnie na naukę gry na fortepianie do prywatnego Ogniska Muzycznego w Parczewie.

Chcieli sprawdzić czy drzemie we mnie jakiś ukryty muzyczny talent. Tata był przekonany, że słuch muzyczny odziedziczyłam po jego mamie, a mojej babci . Przez kilka lat brałam lekcje w tym Ognisku Muzycznym. W drugiej klasie Szkoły podstawowej pojechałam z rodzicami na imprezę mikołajkową – do Urzędu Wojewódzkiego w Białej Podlaskiej, gdzie pracował mój tata. Zorganizowano konkurs śpiewu. Wzięłam w nim udział. Zaśpiewałam piosenkę „Deszczyk kapie, kap, kap, kap...”. Ku mojemu niedowierzaniu wykonanie przeze mnie utworu bardzo się podobało, nagrodzono mnie gromkimi brawami i pierwszą nagrodą. Ten mały sukces stał się pretekstem do rozpoczęcia przez mnie edukacji w Lublinie, gdzie jednocześnie uczęszczałam do dwóch szkół średnich: liceum ogólnokształcącego i średniej szkoły muzycznej.
Tam spotkałam wspaniałą pedagog Panią prof. Baruch, po warszawskiej Akademii Muzycznej, która poświęciła mi dużo serca i czasu. Ona też i uznała - po zasięgnięciu opinii ekspertów - że mam wyjątkowy talent i należy go dalej kształtować. Dziękuję Pani Profesor, iż zmobilizowała mnie tymi słowami do dalszego rozwoju.

Kiedy przyjechała Pani do Włoch i jaki był powód zmiany miejsca zamieszkania?

Po raz pierwszy przyjechałam do Włoch w 1992 na wakacje do Rzymu. Powróciłam rok później i wtedy poznałam mojego obecnego męża Giuseppe. Nie zamierzałam jednak zostać we Włoszech na stałe, dlatego też po ślubie wyjechaliśmy razem do Polski, aby się tam osiedlić. Po kilku latach pobytu w Polsce, zdecydowaliśmy się jednak na powrót do Rzymu.

 

Posiada Pani wykształcenie plastyczne, czy może te piękne wyroby (rękodzieło artystyczne) to rezultat Pani pasji?

Nie, z wykształcenia jestem pielęgniarką. Przez sześć lat po powrocie do Włoch pracowałam jako asystentka dentysty chirurga. Po wielu latach frenetycznego życia w Rzymie, zdecydowaliśmy się na zamieszkanie poza miastem, i tak w 2005 roku, trafiliśmy do Calcaty (jednego z najstarszych średniowiecznych grodów we Włoszech, znajdującym się zarazem w rezerwacie  przyrody).

Od wielu lat Calcata jest miejscowością o dużych tradycjach artystycznych, mieszkają tutaj światowej sławy artyści malarze, rzeźbiarze, muzycy. W części historycznej miasteczka znajdują się małe warsztaty i ekspozycje rzemieślnicze, z wyrobami ze skóry, ceramiki, wykonaną ręcznie biżuterią, oraz z wyrobami artystycznymi z materiałów wtórnych (plastiku, czasopism, itp.) oraz galerie. Cisza i spokój urokliwego krajobrazu Calcaty stały się dla mnie inspiracją do tworzenia rękodzieł artystycznych. Moja przyjaciółka z Calcaty, która od lat ma swój sklepik z ręcznie szytymi kapeluszami, zaproponowała mi współpracę, jako że obie wykonujemy rękodzieła z różnorodnych tkanin.

Calcata to piękne, zabytkowe miasteczko, do którego zwłaszcza w sezonie letnim przyjeżdżają tłumy turystów. Są też wśród Polacy?

Tak, zwłaszcza w ostatnich latach zwiększył się napływ także polskich turystów.


Kto najchętniej kupuje Pani wyroby (Włosi, turyści z innych krajów)?

Moje wyroby cieszą się uznaniem zarówno u Włochów jak i wśród turystów zagranicznych. Niektóre z moich prac zostały sprzedane między innymi do krajów takich jak: Japonia, USA, Monako, Anglia, Turcja, Meksyk, Australii i wielu innych.

Czy sądzi Pani, że mieszkając np. w bloku w wielkiej metropolii trudniej by było Pani tworzyć?

Nie byłoby mi trudno tworzyć, ale jestem przekonana, że pozostając w Rzymie, prowadząc inny styl życia, nie odkryłabym drzemiących we mnie umiejętności.

 

Co Pani robi najbardziej robić: wyszywać, rysować, itp.?

Zarówno szyć jak i rysować. Moje rękodzieła wykonane są z przeróżnych tkanin i są szyte na maszynie. Niektóre z nich powstają bez wstępnego rysunku (zamysł rodzi się w trakcie realizacji), np. torby, charakterystyczne pokrowce na chusteczki higieniczne w formie kanap. Natomiast obrazy które tworzę, wykonuję według uprzednio zrobionego rysunku.


Słyszałam, ze Pani mąż też jest artystą. Jaką dziedzin sztuki konkretnie się zajmuje?

Mój mąż posiada talent muzyczny. Gra na kilku instrumentach: gitara, klawisze, perkusja oraz śpiewa. Kiedy mieszkaliśmy w Polsce, był członkiem zespołu muzycznego Standard. Od kilku miesięcy angażuje się jako perkusista w zespole z miejscowymi muzykami.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w życiu zawodowym i osobistym.

Dziękuję i zapraszam do mojego sklepiku

Katarzyna Conte

Via S. Giovanni, 1 – Calcata Vecchia

tel. 0761.587713

 

wysłuchała Danuta Wojtaszczyk

Diana Łapin jest młodą i bardzo utalentowaną fotografką, która swoją karierę zawodową rozpoczęła po przyjeździe w 2006 roku do Genui. Na co dzień pracuje w reklamie i komunikacji wizualnej jako freelance: Ma różnych klientów: od producenta win, poprzez wydawnictwa, aż do agencji mody. Jest osobą spontaniczną, ale także surową, dobrą i mającą oprócz fotografii wiele innych pasji.

Urodziłaś się w Bielsko Białej, od 2006 roku mieszkasz w Genui. Dowiedziałam się, że przyjechałaś do Włoch, aby zrealizować swoje marzenie o fotografowaniu dla wielkich magazynów mody.

Do Włoch przyjechałam w ramach projektu Erasmus. Na kierunku, który studiowałam z pasji (Filologia Klasyczna i Kultura Śródziemnomorska) nie było możliwości bezpośredniego wyjazdu do Mediolanu. Wybrałam Genuę, tymbardziej, że oba miasta dzieli niespełna 150 km. Jest to pobyt tymczasowy, choć trwa już tak długo (śmiech). Pragnę rozwinąć sieć kontaktów w kilku krajach - na tę chwilę biorę pod uwagę i zaczełam już działać pomiędzy Polską, Włochami, Niemcami i Anglią.

Od 8 zajmujesz się fotografią zawodowo, czy łatwo jest połączyć fotografię komercyjną z artystyczną?

Od lat staram się łączyć te rodzaje fotografii. Możemy nazwać to identyfikacją fotograficzną - każda sytuacja, zlecenie, firma, osoba prywatna, mają swoją "duszę", którą trzeba zinterpretować i przedstawić. Jest to bardzo ważne, szczególnie w komunikacji wizualnej w dzisiejszych czasach.

Współpracujesz z włoskim agencjami mody, przez dłuższy czas robiłaś zdjęcia dla dziennika Secolo XIX. Mając zaledwie 27 lat odnosisz niesamowite sukcesy...
Na pewno na wszystko miała wpływ “obecność” w domu aparatu fotografcznego, który używali moi rodzice. Zaczęłam robić zdjęcia jako 13-latka. Pamietam Lubitela i potem Zenita, którego używałam przez pierwsze lata. Później w gimnazjum artystycznym w Bielsku-Białej kilka lekcji fotografii poruszyło pasję w sposób intensywny. Aparat stał się moim towarzyszem, a temat fotografowania co dzień na ustach. Wiele godzin zdjęć z moimi przyjaciółmi: Łukaszem, Igorem, Michałem... Przy okazji, chciałam podziękować państwu Baturo za “zauważenie” mojej fotografii i za spotkania z fotografią, Zbigniewowi Podsiadło i Arturowi Bieńkowi za pomoc w “tworzeniu mojego profilu fotograficznego” oraz za dostanie się do ZPAF (Związek Polskich Artystów Fotografików) w 2008 r.

W Genui moje zdjęcia dostrzegł Cosimo De Mercurio - agent prasowy. W Secolo XIX pracowałam przez jakiś czas, robiąc zdjęcia reportażowe, które ukazały się na kilku wystawach. Jednak preferuję zlecenia bardziej kreatywne: publikacje, czy sesje zdjęciowe. Fotografię, na którą mam większy wpływ w momencie pstryknięcia. Myślę, ze prawdziwa pasja prowadzi do sukcesów - przez ogromne poświęcenie wolnego czasu, pieniedzy, często także kontaktów międzyludzkich, ale gwarantuje też satysfakcję, spełnienie i dobre samopoczucie, ktorych żadna inna rzecz nie jest w stanie zastąpić.

Uważasz, że w Polsce nie zrobiłabyś kariery fotografa?

Jeśli chodzi o fotografię w Polsce, to w tym momencie tak naprawdę na wysokim poziomie “działa” głównie Warszawa i trochę Wrocław (mam na myśli fotografię komercyjną i modową). Od zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli się uczyć - to od najlepszych - a myślę, że nie ma nic lepszego, jak stolice mody i fotografii z nią związanej, jak Mediolan czy Londyn, nie wspomnę o Nowym Jorku. Poza tym, moje założenia fotograficzne i kreatywne idą w kilku kierunkach, nie tylko fashion. Oprócz tego trzeba niestety przyznać, że póki co, warunki życia na Zachodzie i podejście tam do życia codziennego są jeszcze ciągle lepsze. Myślę, że dopóki chce się samemu rozwijać - lepiej być po środku ogromnej ilości kreatywnych i współpracować, tworzyć, niż robić za jednego z najlepszych w środowisku, które dopiero rośnie. Na wszystko jest czas.

Kilka tygodni temu w Centrum ceramiki tradycyjnej i współczesnej Volubilis w Mediolanie, w ramach projektu “S-oggetto”, odbyło się niecodzienne wydarzenie, gdzie przybyli goście mieli okazję stać się protagonistami Twojego projektu fotograficznego. Opowiedz naszym czytelnikom coś więcej na ten temat.

Na myśl o stworzeniu projektu "S-oggetto" wpadła po spotkaniu ze mną Francesca Tenchini - manager Volubilis. Po bardzo pozytywnym przyjęciu idei przez właścicieli showroomu, zabraliśmy się za realizację projektu, chcąc przedstawić jego rezultat w postaci małej wystawy w Volubis podczas tegorocznych targów Salone del Mobile w Mediolanie. Wystawę można oglądać jeszcze przez kilka tygodni. Projekt ma aspekt nie tylko artystyczny, ale i psychologiczny. 23 marca każda osoba wybierała przedmiot ceramiczny, który ją najbardziej inspirował. Podczas wykonywania portretu (zdjęcia, przyp. red.) wraz z protagonistą wybieraliśmy najlepszą pozycję, bądź osoba interpretowała sama daną sytuację. Oprócz czystej rozrywki był to też aspekt introspekcji. Już niebawem z pewnością odbędzie się kolejna edycja projektu, a na pewno powtórzymy to wydarzenie po targach. Od maja br. mamy zamiar rozwinąć go i może trochę zmienić. Każdy, kto przyjdzie się sfotografować dostanie również zdjecie w prezencie. Wydarzenie jest otwarte dla publiczności. Mam nadzieję, że nastepnym razem pojawi się również więcej naszych rodaków!

Kiedy ponownie będziemy mogli spotkać się z Dianą Łapin w najbliższym czasie. Jakie są twoje plany zawodowe na najbliższe miesiące?

Generalnie proponuję i organizuję dużo sesji i projektów fotograficznych i nie tylko. Zachęcam do śledzenia mnie na Facebooku: Diana Lapin, albo na profilu oficjalnym: Diana Lapin photo graphic design. Zapraszam również do współpracy komercyjnej i artystycznej bez limitów geograficznych! Z pewnością w najbliższych miesiącach będę obecna w Mediolanie i Genui. W maju robimy sesję zdjeciową Fashion w Londynie z Bielskim projektantem i art director - Darien Mynarskim, którego poznałam dzięki Lucynie Grabowskiej – właścicielką agencji modelek Grabowska Models, z którą, jak tylko mogę współpracuję. Czekam także na kolejną publikację w CHAOS Magazine z New York, Sessions Magazine z Kanady (z Bielska projektantka Anna Drabczyńska) oraz w nowym magazynie z Costa Rica - Frenezi Magazine (sesja z Bielska-Białej ze stylistką Agatą Zolich). Poza tym, moje najbliższe plany oscyluja przede wszystkim wokół Mediolanu i Londynu.

I jeszcze jedno pytanie. Kim jest Diana Łapin prywatnie?

(śmiech) Kim jestem prywatnie? Tak naprawdę, to chyba nie ma limitu pomiędzy mną prywatnie i publicznie, czy zawodowo. Kocham to, co robię. Potrafię siedzieć do 6.00 rano, żeby skończyć zdjęcia lub video, które mnie inspirują.

Jestem osobą spontaniczną. O każdej porze dnia i nocy decyduję się na rzeczy nawet najbardziej szalone. Jestem dobra, ale surowa, zorganizowana, ale wolna. Od 3 lat tańczę hip hop i house: to nowy fragment mojego życia, który otworzył ogromny rozdział (dziekuję Brendzie De Palo i Luce Marinaro).

W życiu musi być miejsce na wszystko - na zabawę i płacz. Daję przestrzeń, ale jej też wymagam. Niektóre z moich głównych założeń to: życ i wciąż ulepszać samego siebie oraz własne życie, stawiać wszystko na coś, w co się wierzy, ryzykować, otworzyć totalnie umysł i serce - nic nie sprawi, że bedziemy tak dojrzali, spokojni i świadomi ścieżki życia jak doświadczenia, logiczne myślenie i przekonanie, że każdy pogląd jest dobry, o ile nie dochodzi do przemocy.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę wielu sukcesów zarówno zawodowych jak i w życiu prywatnym.

rozmawiała Anna Malczewska

Dorota Zięba przyjechała do Włoch w 1993 roku, by podreperować budżet rodzinny. Miał to być krótki wyjazd, zaledwie na trzy, najwyżej cztery miesiące, który przedłużył się do 20 lat. Początki życia na emigracji były ciężkie, ale dzięki uporowi i wierze we własne siły udało się jej otworzyć własną firmę zajmującą się wyrobem deserów, których głównymi składnikami są  galaretki i świeże owoce.

Dorota Zięba Przyjeżdżając do Włoch była Pani młodą mężatką z dwójką malutkich dzieci. Domyślam się, że powodem wyjazdu była trudna sytuacja finansowa rodziny. Jakie były Pani początki życia na emigracji?
Przyjeżdżając tutaj, zostawiłam w domu męża i dwóch synków: Daniel miał dwa latka, a Kamil nie skończył nawet roczku. Brak pracy, mieszkanie u teściów i wiele innych problemów, w tym finansowych spowodowały, że gdy tylko nadarzyła się okazja wyjazdu do pracy na „Zachód” nie namyślałam się zbyt długo, chociaż moje serce bardzo cierpiało.
Początki były trudne, chyba jak każdej osoby, która zmuszona jest zostawić rodzinę w kraju i zacząć pracę od klasycznego zatrudnienia dla cudzoziemców, czyli sprzątaczki i opiekunki osób starszych. Miał to być to krótki wyjazd na trzy, najwyżej cztery miesiące, który przedłużył się do roku. W międzyczasie w moim małżeństwie zaczęło się psuć, więc pojechałam do Polski, zabrałam dzieci, no i tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu minęło prawie 20 lat.

Nie znała Pani języka włoskiego?
Nie znałam w ogóle włoskiego, dlatego moim pierwszym postanowieniem była nauka języka. Nie spałam po nocach, wkuwałam słowniczek polsko-włoski na pamięć. Po kilku miesiącach zdecydowałam się na zmianę pracy, zaczęłam sprzątać „na godziny”.

Jako samotna matka w obcym kraju nie mogła Pani liczyć na żadną pomoc. Czy nie miała Pani chwil zwątpienia?
Miałam ich mnóstwo. W ich przezwyciężaniu pomógł mi zapewne mój buntowniczy charakter i wiara w to, że wszystko się ułoży. Przywożąc do Włoch małe dzieci było mi naprawdę ciężko pogodzić pracę, szkołę maluchów, bycie mamą. Brakowało mi pieniędzy i czasu. Nie jest łatwo pracując samej opłacić mieszkanie, rachunki za światło, gaz i utrzymać dwójkę dorastających chłopców. Znalazłam jednak wyjście, podejmując pracę na nocnej zmianie w barze-cukierni otwartej 24 godziny na dobę. W ten sposób mogłam pogodzić pracę z obowiązkami mamy. Gdy znajdowała się jakaś dobra dusza, która opiekowała się chłopcami, pracowałam po 12-16 godz. Jedynie w ten sposób mogłam zapewnić moi synom godne życie. Po kilku latach pracy w cukierni, z barmanki zostałam kasjerką, a następnie dyrektorem zmiany. Praca ta nie dawała mi jednak pełnej satysfakcji.

I wtedy nadszedł moment wprowadzenia życiowych zmian?
Pracując dla kogoś niestety musisz robić to co ci każą, dlatego w pewnym momencie postanowiłam rzucić pracę, a nabytą wiedzę i doświadczenie oraz pasję do kreowania i tworzenia czegoś innego, nowego wykorzystać do założenia własnej firmy.

 

I tak powstało Dolce Kupido?
Dolce Kupido jest laboratorium cukierniczym, w którym tworzę moje słodkości zawierające jako główne składniki przede wszystkim galaretkę i świeże owoce. Biorąc pod uwagę, że coraz większy procent ludności cierpi z powodu nietolerancji na gluten i dba o linię, a włoskie słodycze są ciężkie i bardzo słodkie, każdy kto próbuje z ciekawości tych kolorowych, przezroczystych i delikatnych deserów, wpada dosłownie w zachwyt. To właśnie ta innowacyjność i świeżość moich wyrobów przyciąga wzrok i podniebienia nie tylko Włochów.

Zaczęłam moją działalność od tzw. badania gruntu, otrzymałam już wiele interesujących propozycji i kontaktów. Jak już wspomniałam, moje wyroby spotkały się z ogromną przychylnością ze strony konsumentów, dlatego  mam powody do optymizmu i do ciągłego rozszerzania działalności.

Czy zamierza Pani otworzyć też punkt sprzedaży detalicznej?
W chwili obecnej skupiam się na „szerokim polu działania”, czyli produkcji i dystrybucji do barów, ciastkarni, restauracji. W laboratorium można zamówić także desery na wszelkiego rodzaju imprezy, np. śluby, komunie, bankiety. W moich planach jest otwarcie punktu sprzedaży detalicznej, może nawet nie jednego lecz całej sieci. Wszakże do odważnych świat należy. W takim punkcie miałabym okazję do wcielenia w życie wszelkich kulinarnych fantazji, a jest ich wiele. Jestem otwarta na wszelkie pomysły współpracy i rozwoju.

Czy desery dostarczane są tylko w okolice Neapolu, czy zapewnia Pani dostawy także do innych miast włoskich?
Moje wyroby dostarczam na obszarze całych Włoch.

Czy otwierając Dolce Kupido spełniło się Pani marzenie?
Zawsze powtarzałam sobie, że kiedy dzieci będą już pełnoletnie, zacznę drugą młodość, drugie życie. Moi chłopcy mają już ponad 20 lat, a ja mając ponad 40-ci zaczynam wcielać w życie moje marzenia. Wychowałam dwójkę wspaniałych mężczyzn, którzy są moim oczkiem w głowie. W tej chwili mam „słodką” firmę i zaczęłam pisać książkę. Należy pamiętać, że życie, pomimo wszelkich problemów, trosk i przeciwności losu jest piękne, i, że każdy poranek, czy deszczowy, czy też słoneczny, niesie nam nadzieję na cudowne, nowe przeżycia i spełnienie naszych marzeń. Wystarczy tylko chcieć i głęboko w nie wierzyć. A ja bardzo chcę i bardzo wierzę.

Dziękuję bardzo za rozmowę i mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli skosztować Pani deserów w wielu zakątkach Włoch.

Dziękuję.

rozmawiała Anna Malczewska

Piotr Szczurtek przyjechał do Włoch w ramach Wolontariatu Europejskiego, akcji programu “Młodzież w działaniu” Unii Europejskiej. Współpracuje z Europe Direct Point  w Roseto degli Abruzzi, gdzie zajmuje się promocją mobilności europejskiej wśród młodzieży i studentów włoskich.

Piotr Szczurtek / foto: archiwum prywatneDo Włoch przyjechałeś niedawno…
Tak, przyjechałem w styczniu i będę tu do sierpnia. Mam 24 lata i pochodzę z  małej miejscowości w województwie łódzkim – Rogów. Jestem tegorocznym absolwentem kierunku Geografii Uniwersytetu Łódzkiego o specjalizacji geografii politycznej i regionalnej z fakultetem dydaktyki.

Jesteś tutaj w ramach akcji Wolontariat Europejski (EVS), na czym on polega?
Wolontariat Europejski jest to akcja  Programu "Młodzież w działaniu" Unii Europejskiej. EVS wspiera międzynarodową wolontaryjną pracę dla młodych ludzi z całej Europy. Jego celami jest rozwijanie solidarności, promocja tolerancji między młodymi ludźmi i obywatelstwa Europejskiego.Tematyka projektów zamieszczanych w bazie danych jest niezmiernie różnorodna, można np. pracować w przedszkolu, bibliotece,  instytucjach kultury, informacjach turystycznych, centrach informacji europejskiej. Czas trwania projektów wynosi od 2 do 12 miesięcy, tak więc każdy może znaleźć coś dla siebie w zależności od możliwości czasowych oraz zainteresowań.

Kto może zostać wolontariuszem? Co trzeba zrobić, by się nim stać?
Każdy w wieku od 18 do 30 lat, kto chciałby przeżyć niesamowity czas, zdobyć doświadczenie, poznać wyjątkowych ludzi. Nie potrzeba mieć żadnych kwalifikacji ani doświadczenia, nie potrzeba znać języka obcego na określonym poziomie. Najważniejszą rzeczą jest silna motywacja oraz wiek. Jeśli chcesz zostać wolontariuszem lub wolontariuszką trzeba zgłosić się do organizacji wysyłającej (w moim przypadku, była to tj. Fundacja Edukacji i Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego "FERSO" w Łodzi, a następnie znaleźć zagraniczną Organizację Goszczącą oraz odpowiadający projekt EVS w internetowej bazie danych. Później jest to już tylko okres oczekiwania na decyzję Narodowej Agencji o przyznaniu dofinansowania projektu bądź nie. Cały proces brzmi może skomplikowanie, ale jest to naprawdę bardzo prosta czynność.

Współpracujesz z Europe Direct Point w Roseto degli Abruzzi. CzymZ wizytą u burmistrza Roseto degli Abruzzi / foto: archiwum prywatne dokładnie się zajmujesz?
Zajmuję się promocją mobilności europejskiej wśród młodzieży i studentów włoskich. Udzielam wszelakich informacji, na temat możliwości wyjazdu za granicę z ramienia UE. Obecnie pracuję również nad dwoma dosyć dużymi projektami
(Leonardo da Vinci oraz You and for Europe). Prócz tego posiadam również własny projekt, podczas którego będę odwiedzał przedszkola, szkoły podstawowe, licea w regionie Abruzzo prowadząc workshopy na temat Polski, ekologii, problemów współczesnej Europy i świata.

Czy przyjeżdżając do Italii znałeś już język włoski?
Niestety nie. Pierwszy tydzień  był ciężki pod tym względem. Każda próba podjęcia konwersacji zawsze kończyła się po minucie. Obecnie, po dosyć intensywnym kursie języka włoskiego, który zapewniła mi moja organizacja mogę powiedzieć, że jest znacznie lepiej. Język włoski nie sprawia mi już zbyt dużych problemów.

Czy ten wyjazd jest Twoim pierwszym jako wolontariusz?
Tak, jest to mój pierwszy wyjazd w tej formie. Wcześniej uczestniczyłem  tylko w dwutygodniowych wymianach  młodzieży w Niemczech, Francji i Węgrzech.

Czy jesteś jedynym wolontariuszem w Europe Direct Point?
Nie, jest nas 5 osób: Alexander z Rumunii, Anamaria z Chorwacji, Michaela z Austrii i Edite z Portugalii. Mieszkamy wszyscy razem w dwóch apartamentach.  Muszę powiedzieć, że jest to bardzo zwariowana grupa. Każdy nowy dzień to ciągła wymiana doświadczeń, kultury, itp.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.

rozmawiała Anna Malczewska