Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
23
So, czerwiec

Jest filologiem slawistą, tłumaczem, działaczem polonijnym i literatem.  Studiował między innymi  na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie w Treście, a następnie szlifował znajomość języków (zna ich kilka) podczas pobytów w Serbii, Chorwacji i Słowenii.  Od trzech lat mieszka we Włoszech. Od kilku miesięcy jest wykładowcą akademickim na wydziale slawistyki Uniwersytetu w Udine.  Kontrakt na uczelni uzyskał po wygraniu konkursu państwowego. Biorąc pod uwagę jego imponujące CV i wszechstronne, staranne wykształcenie można by rzec:  ot, naturalny bieg kariery ambitnego uczonego.  Jednak jest coś, czym Adrian Mroczek zadziwia wielu: ma zaledwie 25 lat! I jak wynika z danych, do których udało się dotrzeć redakcji „Naszego Świata” jest obecnie najmłodszym docentem akademickim z wszystkich włoskich uczelni.

Adrian Mroczek / foto: archiwum prywatnePrzybliżamy Wam sylwetkę Adriana Mroczka, rekonstruując etapy poznania go przez nasz zespół redakcyjny, dzieląc się jednocześnie przyjemnością odkrywania rodaka, który poprzez swoją pracą i życie, świadomie czy też  spontanicznie, pięknie rozsławia nasz kraj na ziemi włoskiej.

Zaczęło się od listu do redakcji
Kilka dni po Nowym Roku otrzymaliśmy e-mail, którego fragmenty cytujemy: „Nazywam się Adrian Mroczek (mieszkam w Udine) i od pewnego czasu czytam Państwa dwutygodnik „Nasz Świat". W związku z tym chciałbym zwrócić uwagę na kilka spraw dotyczących gazety, głównie odnoszących się bardziej do warstwy technicznej niż merytorycznej, które według mnie (…) należałoby zmodyfikować. (...). Chciałbym zaznaczyć, że nie staram się w żadnym razie krytykować sposobu prowadzenia gazety oraz kompetencji poszczególnych osób, ale chcę pomóc w uczynieniu tej gazety bardziej profesjonalnym medium.
Nawet po pobieżnym przejrzeniu gazety w oczy rzuciło mi się kilka rażących błędów i niedoskonałości, których, moim zdaniem, łatwo się pozbyć, ale wymaga to nieco więcej skupienia i uwagi przy ostatecznym nadawaniu kształtu artykułom.  (…)”.
Adrian Mroczek nie ograniczył się bynajmniej do przesłania słów konstruktywnej krytyki, ale zaoferował jednocześnie swoją pomoc w zakresie korekty stylistyczno-językowej naszego pisma. Wszystkie cenne uwagi jak i oferowane wsparcie przyjęliśmy z wdzięcznością, gdyż mimo wielu trudności, z jakimi boryka się nasza redakcja, nie ustajemy w dążeniu do tego, aby „Nasz Świat” był pismem, którego nie powstydzi się ani zespół redakcyjny, ani jego czytelnicy.

„Coś Wam powiem”
–Taki tytuł nosi rubryka w NŚ oraz blog tego niestrudzonego ambasadora polszczyzny najwyższych lotów, w której w przystępny sposób odsłania nam tajniki poprawności językowej. Porady te szybko zyskały uznanie Polaków we Włoszech i włoskich polonofilów. Przykładowo  artykuł  Mroczka zatytułowany Dlaczego mówimy „Włochy”, a nie „Italia” w dniu jego publikacji w witrynie internetowej  NŚ zainteresował ponad 3 tysiące użytkowników.
Jak wyznał w rozmowie z „Naszym Światem” Adrian Mroczek na studia filologiczne trafił nie od razu. Jeszcze przed zdaniem matury, jako nagrodę za wygranie olimpiady z wiedzy historycznej otrzymał indeks na studia w tym kierunku. – Po pierwszym roku stwierdziłem, że nuży mnie ta dziedzina nauki i postanowiłem przenieść się na slawistykę. Od dawna pasjonowała mnie nauka języków obcych. Po opanowaniu  kilku języków słowiańskich postanowiłem nauczyć się przynajmniej po jednym języku z grupy  romańskiej i  germańskiej, stąd moje podróże i pobyty w kilku krajach europejskich w okresie studiów.
Na pytanie, który z kilku  języków, jakimi włada,  jest mu szczególnie bliski, odpowiada ze śmiechem: - Chyba staro-cerkiewno-słowiański.  Po pierwsze dlatego, że swoją pracę magisterską poświęciłem właśnie badaniom nad nim, a po drugie dlatego, że dzięki niemu poznałem swoją narzeczoną. Ilaria jest Włoszką, nieprzypadkowo więc mój pobyt na Półwyspie Apenińskim się przedłużył.
Od początku drugiego semestru bieżącego roku akademickiego Adrian Mroczek prowadzi zajęcia z gramatyki opisowej na drugim roku polonistyki w Udine oraz ćwiczenia z zakresu translacji dla magistrantów. Jak zwierza się w czasie rozmowy z NŚ, praca w charakterze wykładowcy daje mu mnóstwo osobistej satysfakcji, ale też wymaga sporo wysiłku. – Wśród studentów są zarówno Włosi, zafascynowani językiem polskim, jak i Polacy. Stoi zatem przede mną trudne zadanie wymyślenia takiego scenariusza zajęć, który umożliwi wszystkim studentom efektywne zdobywanie wiedzy – wyjaśnia.

Literat amator (nie mylić z amatorem literatek)
– Tak pisze między innymi o sobie Adrian Mroczek na swoim blogu (http://cosmopolacco.blogspot.it). Jego ulubioną formą literacką jest limeryk.  „Limeryk - niby nic, a cieszy.  Chyba taka właśnie powinna być definicja tej krótkiej anegdoty lirycznej - zwięzła i nieco zaskakująca, jak sam limeryk. Nie podaję tu objaśnień encyklopedycznych, bo każdy może sprawdzić je we własnym zakresie. Mnie chodzi o coś innego. Jest kilka reguł, które nadają limerykom ich specyficzną formę, ale nie zawsze są one w równym stopniu respektowane. Najważniejsza jest idea.
Limeryk jest przede wszystkim grą, zabawą, która sprawia przyjemność nie tylko czytelnikowi, ale także (a może w szczególności!) autorowi. Dla mnie jest on naprawdę ciekawym ćwiczeniem intelektualnym, które polecam każdemu. Daje ono wiele satysfakcji oraz poczucie, że jest się osobą kreatywną. Ciekawe uczucie, a przy tym bardzo łatwo osiągalne! Wystarczy napisać limeryk. Niby nic, a cieszy!” – wyjaśnia w jednym z postów.  
Oto jeden z limeryków jego autorstwa, który szczególnie spodobał się naszej redakcji:
Żył pewien polonista w Radnie,
co Pomysł psa nazwał był ładnie
i myśl mu zabłysła,
że "MAM POMYSŁA"
można powiedzieć poprawnie.

Działalność społecznikowska na rzecz promocji kultury polskiej we Włoszech.
W czynie społecznym, i kiedy tylko ma ku temu sposobność, Adrian Mroczek wspiera pracę naszego  zespołu redakcyjnego w zakresie korekty. Jednak swoją działalność na rzecz promocji pozytywnego wizerunku Polski i Polaków we Włoszech rozpoczął już tuż po przybyciu do Włoch. – Kiedy stało się jasne, że zostanę w Italii na dłużej, zapragnąłem nawiązać kontakt z jakimiś Polakami zamieszkałymi w Udine lub okolicach. Dowiedziałem się o istnieniu Grupy Polonijnej, animowanej przez pana Włodzimierza Borowskiego.  Grupa ta, której szybko stałem się aktywnym członkiem, w marcu bieżącego roku zarejestrowała swoją działalność pod nazwą: Stowarzyszenie Promocji Społecznej POLONIK (POLONIK Associazione di Promozione Sociale), z siedzibą w Udine.

Zachęcamy do śledzenia bloga Adriana Mroczka http://cosmopolacco.blogspot.it, który jak pisze:
„powstaje jako wyraz moich zainteresowań, pasji i przemyśleń. Będę starał się opisywać to, co mnie zainteresowało, pobudziło moją wyobraźnię, zdenerwowało, poirytowało czy zachwyciło. Tematyka będzie zróżnicowana, tak jak zróżnicowane są moje zainteresowania. Po pewnym czasie, w miarę pisania, poznacie mnie lepiej (i myślę, że ja siebie też poznam lepiej) i będziecie wiedzieć, czego się spodziewać, wchodząc na tę stronę. Głównie będę się zajmował tematyką języków obcych (znam ich kilka), związkami polsko-włoskimi (od prawie 3 lat mieszkam we Włoszech, tutaj też skończyłem studia magisterskie) oraz życiem Polonii włoskiej (w Udine, gdzie mieszkam, tworzy się polskie stowarzyszenie). Wszystko to w przystępnej formie, która, mam nadzieję, spodoba się czytelnikom. (…) Ten blog jest także próbą zmierzenia się z samym sobą i poznania własnych możliwości pisarskich. Nie ma dla mnie nic bardziej motywującego niż świadomość, że moje teksty będą czytane i oceniane przez innych. W życiu przychodzi taki moment, w którym należy zdać sobie sprawę, że pisząc do szuflady niczego się nie osiągnie. Należy otworzyć się na świat. Dziś jest to dziecinnie łatwe - blog daje taką możliwość i chcę z tego skorzystać. Najtrudniej jest zacząć. Jak zawsze. We wszystkim. Potem będzie z górki. Trzeba zrobić ten pierwszy krok. Oto mój”.

Danuta Wojtaszczyk

Diana Łapin jest młodą i bardzo utalentowaną fotografką, która swoją karierę zawodową rozpoczęła po przyjeździe w 2006 roku do Genui. Na co dzień pracuje w reklamie i komunikacji wizualnej jako freelance: Ma różnych klientów: od producenta win, poprzez wydawnictwa, aż do agencji mody. Jest osobą spontaniczną, ale także surową, dobrą i mającą oprócz fotografii wiele innych pasji.

Urodziłaś się w Bielsko Białej, od 2006 roku mieszkasz w Genui. Dowiedziałam się, że przyjechałaś do Włoch, aby zrealizować swoje marzenie o fotografowaniu dla wielkich magazynów mody.

Do Włoch przyjechałam w ramach projektu Erasmus. Na kierunku, który studiowałam z pasji (Filologia Klasyczna i Kultura Śródziemnomorska) nie było możliwości bezpośredniego wyjazdu do Mediolanu. Wybrałam Genuę, tymbardziej, że oba miasta dzieli niespełna 150 km. Jest to pobyt tymczasowy, choć trwa już tak długo (śmiech). Pragnę rozwinąć sieć kontaktów w kilku krajach - na tę chwilę biorę pod uwagę i zaczełam już działać pomiędzy Polską, Włochami, Niemcami i Anglią.

Od 8 zajmujesz się fotografią zawodowo, czy łatwo jest połączyć fotografię komercyjną z artystyczną?

Od lat staram się łączyć te rodzaje fotografii. Możemy nazwać to identyfikacją fotograficzną - każda sytuacja, zlecenie, firma, osoba prywatna, mają swoją "duszę", którą trzeba zinterpretować i przedstawić. Jest to bardzo ważne, szczególnie w komunikacji wizualnej w dzisiejszych czasach.

Współpracujesz z włoskim agencjami mody, przez dłuższy czas robiłaś zdjęcia dla dziennika Secolo XIX. Mając zaledwie 27 lat odnosisz niesamowite sukcesy...
Na pewno na wszystko miała wpływ “obecność” w domu aparatu fotografcznego, który używali moi rodzice. Zaczęłam robić zdjęcia jako 13-latka. Pamietam Lubitela i potem Zenita, którego używałam przez pierwsze lata. Później w gimnazjum artystycznym w Bielsku-Białej kilka lekcji fotografii poruszyło pasję w sposób intensywny. Aparat stał się moim towarzyszem, a temat fotografowania co dzień na ustach. Wiele godzin zdjęć z moimi przyjaciółmi: Łukaszem, Igorem, Michałem... Przy okazji, chciałam podziękować państwu Baturo za “zauważenie” mojej fotografii i za spotkania z fotografią, Zbigniewowi Podsiadło i Arturowi Bieńkowi za pomoc w “tworzeniu mojego profilu fotograficznego” oraz za dostanie się do ZPAF (Związek Polskich Artystów Fotografików) w 2008 r.

W Genui moje zdjęcia dostrzegł Cosimo De Mercurio - agent prasowy. W Secolo XIX pracowałam przez jakiś czas, robiąc zdjęcia reportażowe, które ukazały się na kilku wystawach. Jednak preferuję zlecenia bardziej kreatywne: publikacje, czy sesje zdjęciowe. Fotografię, na którą mam większy wpływ w momencie pstryknięcia. Myślę, ze prawdziwa pasja prowadzi do sukcesów - przez ogromne poświęcenie wolnego czasu, pieniedzy, często także kontaktów międzyludzkich, ale gwarantuje też satysfakcję, spełnienie i dobre samopoczucie, ktorych żadna inna rzecz nie jest w stanie zastąpić.

Uważasz, że w Polsce nie zrobiłabyś kariery fotografa?

Jeśli chodzi o fotografię w Polsce, to w tym momencie tak naprawdę na wysokim poziomie “działa” głównie Warszawa i trochę Wrocław (mam na myśli fotografię komercyjną i modową). Od zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli się uczyć - to od najlepszych - a myślę, że nie ma nic lepszego, jak stolice mody i fotografii z nią związanej, jak Mediolan czy Londyn, nie wspomnę o Nowym Jorku. Poza tym, moje założenia fotograficzne i kreatywne idą w kilku kierunkach, nie tylko fashion. Oprócz tego trzeba niestety przyznać, że póki co, warunki życia na Zachodzie i podejście tam do życia codziennego są jeszcze ciągle lepsze. Myślę, że dopóki chce się samemu rozwijać - lepiej być po środku ogromnej ilości kreatywnych i współpracować, tworzyć, niż robić za jednego z najlepszych w środowisku, które dopiero rośnie. Na wszystko jest czas.

Kilka tygodni temu w Centrum ceramiki tradycyjnej i współczesnej Volubilis w Mediolanie, w ramach projektu “S-oggetto”, odbyło się niecodzienne wydarzenie, gdzie przybyli goście mieli okazję stać się protagonistami Twojego projektu fotograficznego. Opowiedz naszym czytelnikom coś więcej na ten temat.

Na myśl o stworzeniu projektu "S-oggetto" wpadła po spotkaniu ze mną Francesca Tenchini - manager Volubilis. Po bardzo pozytywnym przyjęciu idei przez właścicieli showroomu, zabraliśmy się za realizację projektu, chcąc przedstawić jego rezultat w postaci małej wystawy w Volubis podczas tegorocznych targów Salone del Mobile w Mediolanie. Wystawę można oglądać jeszcze przez kilka tygodni. Projekt ma aspekt nie tylko artystyczny, ale i psychologiczny. 23 marca każda osoba wybierała przedmiot ceramiczny, który ją najbardziej inspirował. Podczas wykonywania portretu (zdjęcia, przyp. red.) wraz z protagonistą wybieraliśmy najlepszą pozycję, bądź osoba interpretowała sama daną sytuację. Oprócz czystej rozrywki był to też aspekt introspekcji. Już niebawem z pewnością odbędzie się kolejna edycja projektu, a na pewno powtórzymy to wydarzenie po targach. Od maja br. mamy zamiar rozwinąć go i może trochę zmienić. Każdy, kto przyjdzie się sfotografować dostanie również zdjecie w prezencie. Wydarzenie jest otwarte dla publiczności. Mam nadzieję, że nastepnym razem pojawi się również więcej naszych rodaków!

Kiedy ponownie będziemy mogli spotkać się z Dianą Łapin w najbliższym czasie. Jakie są twoje plany zawodowe na najbliższe miesiące?

Generalnie proponuję i organizuję dużo sesji i projektów fotograficznych i nie tylko. Zachęcam do śledzenia mnie na Facebooku: Diana Lapin, albo na profilu oficjalnym: Diana Lapin photo graphic design. Zapraszam również do współpracy komercyjnej i artystycznej bez limitów geograficznych! Z pewnością w najbliższych miesiącach będę obecna w Mediolanie i Genui. W maju robimy sesję zdjeciową Fashion w Londynie z Bielskim projektantem i art director - Darien Mynarskim, którego poznałam dzięki Lucynie Grabowskiej – właścicielką agencji modelek Grabowska Models, z którą, jak tylko mogę współpracuję. Czekam także na kolejną publikację w CHAOS Magazine z New York, Sessions Magazine z Kanady (z Bielska projektantka Anna Drabczyńska) oraz w nowym magazynie z Costa Rica - Frenezi Magazine (sesja z Bielska-Białej ze stylistką Agatą Zolich). Poza tym, moje najbliższe plany oscyluja przede wszystkim wokół Mediolanu i Londynu.

I jeszcze jedno pytanie. Kim jest Diana Łapin prywatnie?

(śmiech) Kim jestem prywatnie? Tak naprawdę, to chyba nie ma limitu pomiędzy mną prywatnie i publicznie, czy zawodowo. Kocham to, co robię. Potrafię siedzieć do 6.00 rano, żeby skończyć zdjęcia lub video, które mnie inspirują.

Jestem osobą spontaniczną. O każdej porze dnia i nocy decyduję się na rzeczy nawet najbardziej szalone. Jestem dobra, ale surowa, zorganizowana, ale wolna. Od 3 lat tańczę hip hop i house: to nowy fragment mojego życia, który otworzył ogromny rozdział (dziekuję Brendzie De Palo i Luce Marinaro).

W życiu musi być miejsce na wszystko - na zabawę i płacz. Daję przestrzeń, ale jej też wymagam. Niektóre z moich głównych założeń to: życ i wciąż ulepszać samego siebie oraz własne życie, stawiać wszystko na coś, w co się wierzy, ryzykować, otworzyć totalnie umysł i serce - nic nie sprawi, że bedziemy tak dojrzali, spokojni i świadomi ścieżki życia jak doświadczenia, logiczne myślenie i przekonanie, że każdy pogląd jest dobry, o ile nie dochodzi do przemocy.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę wielu sukcesów zarówno zawodowych jak i w życiu prywatnym.

rozmawiała Anna Malczewska

Dorota Zięba przyjechała do Włoch w 1993 roku, by podreperować budżet rodzinny. Miał to być krótki wyjazd, zaledwie na trzy, najwyżej cztery miesiące, który przedłużył się do 20 lat. Początki życia na emigracji były ciężkie, ale dzięki uporowi i wierze we własne siły udało się jej otworzyć własną firmę zajmującą się wyrobem deserów, których głównymi składnikami są  galaretki i świeże owoce.

Dorota Zięba Przyjeżdżając do Włoch była Pani młodą mężatką z dwójką malutkich dzieci. Domyślam się, że powodem wyjazdu była trudna sytuacja finansowa rodziny. Jakie były Pani początki życia na emigracji?
Przyjeżdżając tutaj, zostawiłam w domu męża i dwóch synków: Daniel miał dwa latka, a Kamil nie skończył nawet roczku. Brak pracy, mieszkanie u teściów i wiele innych problemów, w tym finansowych spowodowały, że gdy tylko nadarzyła się okazja wyjazdu do pracy na „Zachód” nie namyślałam się zbyt długo, chociaż moje serce bardzo cierpiało.
Początki były trudne, chyba jak każdej osoby, która zmuszona jest zostawić rodzinę w kraju i zacząć pracę od klasycznego zatrudnienia dla cudzoziemców, czyli sprzątaczki i opiekunki osób starszych. Miał to być to krótki wyjazd na trzy, najwyżej cztery miesiące, który przedłużył się do roku. W międzyczasie w moim małżeństwie zaczęło się psuć, więc pojechałam do Polski, zabrałam dzieci, no i tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu minęło prawie 20 lat.

Nie znała Pani języka włoskiego?
Nie znałam w ogóle włoskiego, dlatego moim pierwszym postanowieniem była nauka języka. Nie spałam po nocach, wkuwałam słowniczek polsko-włoski na pamięć. Po kilku miesiącach zdecydowałam się na zmianę pracy, zaczęłam sprzątać „na godziny”.

Jako samotna matka w obcym kraju nie mogła Pani liczyć na żadną pomoc. Czy nie miała Pani chwil zwątpienia?
Miałam ich mnóstwo. W ich przezwyciężaniu pomógł mi zapewne mój buntowniczy charakter i wiara w to, że wszystko się ułoży. Przywożąc do Włoch małe dzieci było mi naprawdę ciężko pogodzić pracę, szkołę maluchów, bycie mamą. Brakowało mi pieniędzy i czasu. Nie jest łatwo pracując samej opłacić mieszkanie, rachunki za światło, gaz i utrzymać dwójkę dorastających chłopców. Znalazłam jednak wyjście, podejmując pracę na nocnej zmianie w barze-cukierni otwartej 24 godziny na dobę. W ten sposób mogłam pogodzić pracę z obowiązkami mamy. Gdy znajdowała się jakaś dobra dusza, która opiekowała się chłopcami, pracowałam po 12-16 godz. Jedynie w ten sposób mogłam zapewnić moi synom godne życie. Po kilku latach pracy w cukierni, z barmanki zostałam kasjerką, a następnie dyrektorem zmiany. Praca ta nie dawała mi jednak pełnej satysfakcji.

I wtedy nadszedł moment wprowadzenia życiowych zmian?
Pracując dla kogoś niestety musisz robić to co ci każą, dlatego w pewnym momencie postanowiłam rzucić pracę, a nabytą wiedzę i doświadczenie oraz pasję do kreowania i tworzenia czegoś innego, nowego wykorzystać do założenia własnej firmy.

 

I tak powstało Dolce Kupido?
Dolce Kupido jest laboratorium cukierniczym, w którym tworzę moje słodkości zawierające jako główne składniki przede wszystkim galaretkę i świeże owoce. Biorąc pod uwagę, że coraz większy procent ludności cierpi z powodu nietolerancji na gluten i dba o linię, a włoskie słodycze są ciężkie i bardzo słodkie, każdy kto próbuje z ciekawości tych kolorowych, przezroczystych i delikatnych deserów, wpada dosłownie w zachwyt. To właśnie ta innowacyjność i świeżość moich wyrobów przyciąga wzrok i podniebienia nie tylko Włochów.

Zaczęłam moją działalność od tzw. badania gruntu, otrzymałam już wiele interesujących propozycji i kontaktów. Jak już wspomniałam, moje wyroby spotkały się z ogromną przychylnością ze strony konsumentów, dlatego  mam powody do optymizmu i do ciągłego rozszerzania działalności.

Czy zamierza Pani otworzyć też punkt sprzedaży detalicznej?
W chwili obecnej skupiam się na „szerokim polu działania”, czyli produkcji i dystrybucji do barów, ciastkarni, restauracji. W laboratorium można zamówić także desery na wszelkiego rodzaju imprezy, np. śluby, komunie, bankiety. W moich planach jest otwarcie punktu sprzedaży detalicznej, może nawet nie jednego lecz całej sieci. Wszakże do odważnych świat należy. W takim punkcie miałabym okazję do wcielenia w życie wszelkich kulinarnych fantazji, a jest ich wiele. Jestem otwarta na wszelkie pomysły współpracy i rozwoju.

Czy desery dostarczane są tylko w okolice Neapolu, czy zapewnia Pani dostawy także do innych miast włoskich?
Moje wyroby dostarczam na obszarze całych Włoch.

Czy otwierając Dolce Kupido spełniło się Pani marzenie?
Zawsze powtarzałam sobie, że kiedy dzieci będą już pełnoletnie, zacznę drugą młodość, drugie życie. Moi chłopcy mają już ponad 20 lat, a ja mając ponad 40-ci zaczynam wcielać w życie moje marzenia. Wychowałam dwójkę wspaniałych mężczyzn, którzy są moim oczkiem w głowie. W tej chwili mam „słodką” firmę i zaczęłam pisać książkę. Należy pamiętać, że życie, pomimo wszelkich problemów, trosk i przeciwności losu jest piękne, i, że każdy poranek, czy deszczowy, czy też słoneczny, niesie nam nadzieję na cudowne, nowe przeżycia i spełnienie naszych marzeń. Wystarczy tylko chcieć i głęboko w nie wierzyć. A ja bardzo chcę i bardzo wierzę.

Dziękuję bardzo za rozmowę i mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli skosztować Pani deserów w wielu zakątkach Włoch.

Dziękuję.

rozmawiała Anna Malczewska

Piotr Szczurtek przyjechał do Włoch w ramach Wolontariatu Europejskiego, akcji programu “Młodzież w działaniu” Unii Europejskiej. Współpracuje z Europe Direct Point  w Roseto degli Abruzzi, gdzie zajmuje się promocją mobilności europejskiej wśród młodzieży i studentów włoskich.

Piotr Szczurtek / foto: archiwum prywatneDo Włoch przyjechałeś niedawno…
Tak, przyjechałem w styczniu i będę tu do sierpnia. Mam 24 lata i pochodzę z  małej miejscowości w województwie łódzkim – Rogów. Jestem tegorocznym absolwentem kierunku Geografii Uniwersytetu Łódzkiego o specjalizacji geografii politycznej i regionalnej z fakultetem dydaktyki.

Jesteś tutaj w ramach akcji Wolontariat Europejski (EVS), na czym on polega?
Wolontariat Europejski jest to akcja  Programu "Młodzież w działaniu" Unii Europejskiej. EVS wspiera międzynarodową wolontaryjną pracę dla młodych ludzi z całej Europy. Jego celami jest rozwijanie solidarności, promocja tolerancji między młodymi ludźmi i obywatelstwa Europejskiego.Tematyka projektów zamieszczanych w bazie danych jest niezmiernie różnorodna, można np. pracować w przedszkolu, bibliotece,  instytucjach kultury, informacjach turystycznych, centrach informacji europejskiej. Czas trwania projektów wynosi od 2 do 12 miesięcy, tak więc każdy może znaleźć coś dla siebie w zależności od możliwości czasowych oraz zainteresowań.

Kto może zostać wolontariuszem? Co trzeba zrobić, by się nim stać?
Każdy w wieku od 18 do 30 lat, kto chciałby przeżyć niesamowity czas, zdobyć doświadczenie, poznać wyjątkowych ludzi. Nie potrzeba mieć żadnych kwalifikacji ani doświadczenia, nie potrzeba znać języka obcego na określonym poziomie. Najważniejszą rzeczą jest silna motywacja oraz wiek. Jeśli chcesz zostać wolontariuszem lub wolontariuszką trzeba zgłosić się do organizacji wysyłającej (w moim przypadku, była to tj. Fundacja Edukacji i Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego "FERSO" w Łodzi, a następnie znaleźć zagraniczną Organizację Goszczącą oraz odpowiadający projekt EVS w internetowej bazie danych. Później jest to już tylko okres oczekiwania na decyzję Narodowej Agencji o przyznaniu dofinansowania projektu bądź nie. Cały proces brzmi może skomplikowanie, ale jest to naprawdę bardzo prosta czynność.

Współpracujesz z Europe Direct Point w Roseto degli Abruzzi. CzymZ wizytą u burmistrza Roseto degli Abruzzi / foto: archiwum prywatne dokładnie się zajmujesz?
Zajmuję się promocją mobilności europejskiej wśród młodzieży i studentów włoskich. Udzielam wszelakich informacji, na temat możliwości wyjazdu za granicę z ramienia UE. Obecnie pracuję również nad dwoma dosyć dużymi projektami
(Leonardo da Vinci oraz You and for Europe). Prócz tego posiadam również własny projekt, podczas którego będę odwiedzał przedszkola, szkoły podstawowe, licea w regionie Abruzzo prowadząc workshopy na temat Polski, ekologii, problemów współczesnej Europy i świata.

Czy przyjeżdżając do Italii znałeś już język włoski?
Niestety nie. Pierwszy tydzień  był ciężki pod tym względem. Każda próba podjęcia konwersacji zawsze kończyła się po minucie. Obecnie, po dosyć intensywnym kursie języka włoskiego, który zapewniła mi moja organizacja mogę powiedzieć, że jest znacznie lepiej. Język włoski nie sprawia mi już zbyt dużych problemów.

Czy ten wyjazd jest Twoim pierwszym jako wolontariusz?
Tak, jest to mój pierwszy wyjazd w tej formie. Wcześniej uczestniczyłem  tylko w dwutygodniowych wymianach  młodzieży w Niemczech, Francji i Węgrzech.

Czy jesteś jedynym wolontariuszem w Europe Direct Point?
Nie, jest nas 5 osób: Alexander z Rumunii, Anamaria z Chorwacji, Michaela z Austrii i Edite z Portugalii. Mieszkamy wszyscy razem w dwóch apartamentach.  Muszę powiedzieć, że jest to bardzo zwariowana grupa. Każdy nowy dzień to ciągła wymiana doświadczeń, kultury, itp.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.

rozmawiała Anna Malczewska

Jak już nie raz pisałam na łamach „Naszego Świata”, jestem przekonana, iż największym atutem Polski są… Polacy! A dokładniej ich talent i kreatywność. Miałam zaszczyt już nie raz przybliżyć sylwetki wyjątkowych rodaków, którzy żyją i  pracują we Włoszech.  Warto podkreślić to, iż wszyscy oni osiągnęli sukces, dzięki swojej ciężkiej pracy i determinacji, często na przekór przeciwnościom, które niesie ze sobą życie na emigracji. Kolejną wyjątkową Polką mieszkającą we Włoszech, jaką dane jest mi przedstawić jest Beata Anna Sokołowska.  Mimo, iż jej mąż  jest Włochem, jak większość cudzoziemców żyjących w Italii, również ona miała w swojej pracy i życiu w Italii raczej „pod górę”, niż „z górki”.

Pani Beata potrafi łączyć pracę śpiewaczki operowej i  nauczycielki śpiewu z obowiązkami mamy dwójki małych dzieci, jednak, to, co najbardziej urzeka w jej osobie to fakt, że jest Człowiekiem przez duże „C”. Jest niestrudzoną dostawczynią pozytywnej energii  oraz takich, jakże często spychanych współcześnie na drugi plan wartości, jak Dobro, Piękno i Prawda.  Przekonajcie się sami. Zapraszam do lektury zapisu zwykłej rozmowy z tą niezwykłą Polką.


 

Kiedy zaczęła się Pani przygoda muzyką?
Miałam 5 lat. Mama po powrocie z Rosji tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, przywiozła mi w prezencie „gnomik” - małe pianinko na baterie. Po powitaniach radosna gromadka przeniosła się na wyższe kondygnacje (dom rodzinny jest dosyć duży), a ja zostałam sama z grającym prezentem w kuchni. Po pewnym czasie członkowie rodziny zjawili się z powrotem (mało nóg nie połamali na schodach) słysząc dolatującą z kuchni melodię „Wśród nocnej ciszy”.... i zobaczyli mnie promieniującą, szczęśliwą i dumną. Okazało się, że pamiętając melodię znanej polskiej kolędy odtworzyłam ją na pianinku ze słuchu, ku zdziwieniu całej rodziny. Rodzice postanowili coś z tym zrobić i oddali mnie na naukę gry na fortepianie do prywatnego Ogniska Muzycznego w Parczewie.

Chcieli sprawdzić czy drzemie we mnie jakiś ukryty muzyczny talent. Tata był przekonany, że słuch muzyczny odziedziczyłam po jego mamie, a mojej babci . Przez kilka lat brałam lekcje w tym Ognisku Muzycznym. W drugiej klasie Szkoły podstawowej pojechałam z rodzicami na imprezę mikołajkową – do Urzędu Wojewódzkiego w Białej Podlaskiej, gdzie pracował mój tata. Zorganizowano konkurs śpiewu. Wzięłam w nim udział. Zaśpiewałam piosenkę „Deszczyk kapie, kap, kap, kap...”. Ku mojemu niedowierzaniu wykonanie przeze mnie utworu bardzo się podobało, nagrodzono mnie gromkimi brawami i pierwszą nagrodą. Ten mały sukces stał się pretekstem do rozpoczęcia przez mnie edukacji w Lublinie, gdzie jednocześnie uczęszczałam do dwóch szkół średnich: liceum ogólnokształcącego i średniej szkoły muzycznej.
Tam spotkałam wspaniałą pedagog Panią prof. Baruch, po warszawskiej Akademii Muzycznej, która poświęciła mi dużo serca i czasu. Ona też i uznała - po zasięgnięciu opinii ekspertów - że mam wyjątkowy talent i należy go dalej kształtować. Dziękuję Pani Profesor, iż zmobilizowała mnie tymi słowami do dalszego rozwoju.

Kiedy przyjechała Pani do Włoch i jaki był powód zmiany miejsca zamieszkania?

Po raz pierwszy przyjechałam do Włoch w 1992 na wakacje do Rzymu. Powróciłam rok później i wtedy poznałam mojego obecnego męża Giuseppe. Nie zamierzałam jednak zostać we Włoszech na stałe, dlatego też po ślubie wyjechaliśmy razem do Polski, aby się tam osiedlić. Po kilku latach pobytu w Polsce, zdecydowaliśmy się jednak na powrót do Rzymu.

 

Posiada Pani wykształcenie plastyczne, czy może te piękne wyroby (rękodzieło artystyczne) to rezultat Pani pasji?

Nie, z wykształcenia jestem pielęgniarką. Przez sześć lat po powrocie do Włoch pracowałam jako asystentka dentysty chirurga. Po wielu latach frenetycznego życia w Rzymie, zdecydowaliśmy się na zamieszkanie poza miastem, i tak w 2005 roku, trafiliśmy do Calcaty (jednego z najstarszych średniowiecznych grodów we Włoszech, znajdującym się zarazem w rezerwacie  przyrody).

Od wielu lat Calcata jest miejscowością o dużych tradycjach artystycznych, mieszkają tutaj światowej sławy artyści malarze, rzeźbiarze, muzycy. W części historycznej miasteczka znajdują się małe warsztaty i ekspozycje rzemieślnicze, z wyrobami ze skóry, ceramiki, wykonaną ręcznie biżuterią, oraz z wyrobami artystycznymi z materiałów wtórnych (plastiku, czasopism, itp.) oraz galerie. Cisza i spokój urokliwego krajobrazu Calcaty stały się dla mnie inspiracją do tworzenia rękodzieł artystycznych. Moja przyjaciółka z Calcaty, która od lat ma swój sklepik z ręcznie szytymi kapeluszami, zaproponowała mi współpracę, jako że obie wykonujemy rękodzieła z różnorodnych tkanin.

Calcata to piękne, zabytkowe miasteczko, do którego zwłaszcza w sezonie letnim przyjeżdżają tłumy turystów. Są też wśród Polacy?

Tak, zwłaszcza w ostatnich latach zwiększył się napływ także polskich turystów.


Kto najchętniej kupuje Pani wyroby (Włosi, turyści z innych krajów)?

Moje wyroby cieszą się uznaniem zarówno u Włochów jak i wśród turystów zagranicznych. Niektóre z moich prac zostały sprzedane między innymi do krajów takich jak: Japonia, USA, Monako, Anglia, Turcja, Meksyk, Australii i wielu innych.

Czy sądzi Pani, że mieszkając np. w bloku w wielkiej metropolii trudniej by było Pani tworzyć?

Nie byłoby mi trudno tworzyć, ale jestem przekonana, że pozostając w Rzymie, prowadząc inny styl życia, nie odkryłabym drzemiących we mnie umiejętności.

 

Co Pani robi najbardziej robić: wyszywać, rysować, itp.?

Zarówno szyć jak i rysować. Moje rękodzieła wykonane są z przeróżnych tkanin i są szyte na maszynie. Niektóre z nich powstają bez wstępnego rysunku (zamysł rodzi się w trakcie realizacji), np. torby, charakterystyczne pokrowce na chusteczki higieniczne w formie kanap. Natomiast obrazy które tworzę, wykonuję według uprzednio zrobionego rysunku.


Słyszałam, ze Pani mąż też jest artystą. Jaką dziedzin sztuki konkretnie się zajmuje?

Mój mąż posiada talent muzyczny. Gra na kilku instrumentach: gitara, klawisze, perkusja oraz śpiewa. Kiedy mieszkaliśmy w Polsce, był członkiem zespołu muzycznego Standard. Od kilku miesięcy angażuje się jako perkusista w zespole z miejscowymi muzykami.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w życiu zawodowym i osobistym.

Dziękuję i zapraszam do mojego sklepiku

Katarzyna Conte

Via S. Giovanni, 1 – Calcata Vecchia

tel. 0761.587713

 

wysłuchała Danuta Wojtaszczyk

Jego „kariera” we Włoszech zaczęła się od spania na plaży i pracy na zmywaku. Dziś jest prawnikiem (właśnie rozkręca własne biuro poradnictwa), dumnym ojcem dwójki, wychowanych na porządnych ludzi nastolatków i cenionym animatorem życia Polonii włoskiej.

Robert i Renata / foto: archiwym prywatne Roberta MałeckiegoWiele się zmieniło w jego życiu w ciągu ostatnich piętnastu lat, jednak Robert pozostał wciąż ten sam. Kiedy naście lat temu poznałyśmy go w Rzymie był niepoprawnym idealistą, zamęczającym zebrane  grono działaczy polonijnych różnymi  pomysłami na to, jak uszczęśliwić wszystkich Polaków mieszkających we Włoszech. Przekonywał, że gdyby Polonusi z całej Italii zjednoczyli się, nie byłoby już rodaka, który cierpiałby z powodu biedy, osamotnienia, bezdomności i dyskryminacji. Z tego idealizmu nie wyrósł, z pożytkiem, trzeba przyznać dla Polonii włoskiej. Nie doczekaliśmy się wprawdzie jeszcze żadnej super-organizacji polonijnej, zdolnej zjednoczyć wszystkich, to jednak dzięki temu upartemu społecznikowi w tym roku już po raz drugi Polonusi z całego Półwyspu Apenińskiego mieli okazję do spotkania  (podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy).

Nie zamierzamy jednak w tym miejscu rozwodzić się nad dalszymi zapowiadanymi przez Roberta Małeckiego planami jednoczenia Polaków we Włoszech (poświęcimy temu oddzielny artykuł), pragniemy po prostu zaprezentować Wam sylwetkę kolejnego rodaka, który jest wcieleniem jakże bliskiemu naszym sercom powiedzenia:  „Polak potrafi”.

Podobno psychika ludzka ma tendencję do usuwania z pamięci przykrych doświadczeń, a jak wiemy Twoje pierwsze dni we Włoszech nie były usłane różami. Pamiętasz jeszcze tamte chwile zaraz po przyjeździe?
Pamiętam  doskonale ten okres życia, choć minęło już piętnaście lat. Moja żona Renata była już we Włoszech. Przyjechała  tu do pracy, żeby poprawić naszą sytuację finansową. W tamtym czasie mieliśmy sporo kłopotów…  Byliśmy młodym małżeństwem, na dorobku i mieszkaniem na  kredyt. Małe dziecko,  trochę życiowych pomyłek i cóż, tak się wszystko niefajnie ułożyło, że trzeba było szukać pracy za granicą.  Rodzina, u której pracowała Renata jako pomoc domowa i opiekunka starszej pani, pozwoliła jej przywieźć  dziecko. Krystian miał wtedy trzy i pół roku.  Oczywiście to już było bardzo dużo, że dziecko mogło być z mamą,  jednak ja zostałem sam w Polsce, i tak naprawdę nie wiedziałem  co ze sobą począć. Czułem się przegrany już  na samym starcie. Po kilku miesiącach stwierdziłem, że dłużej tej rozłąki nie wytrzymam.  Spakowałem walizkę, wsiadłem w busa i zadzwoniłem tylko, że  jadę, nie czekając na reakcję Renaty. Po kilkunastu godzinach znalazłem się w przepięknej miejscowości  letniskowej  nad morzem Tyrreńskim.

I co było dalej?
Potem był wielki stres…. Z żoną i dzieckiem wprawdzie się widziałem,  ale nie było mowy o tym, abym się zatrzymał u tej rodziny, u której pracowała Renata. Więc podstawowym problemem po przyjeździe było to, gdzie przenocować, i gdzie zahaczyć się do pracy. Pierwszy dzień i pierwsza noc to dopiero była improwizacja! Przechadzałem się po plaży, bo o spaniu na leżakach nie było mowy. Dzięki życzliwości znajomych mojej żony cudem udało mi się znaleźć pracę. Cudem, gdyż po włosku umiałem powiedzieć tylko „SI”. Pewien kucharz o miękkim sercu wziął mnie do mycia garów, za 50 tysięcy lirów dniówki. Super jak na początek, miałem co jeść, a także gdzie spać. Było to wprawdzie spanie na podłodze w przedpokoju u mojego pracodawcy, ale nie musiałem się już przynajmniej szlajać po plaży.
I pomyśleć, że w Polsce zostawiliśmy pusty nowiutki jak z igły apartament!

Żonę i syna mogłem zobaczyć tylko wtedy, kiedy Renata i ja mieliśmy wolne popołudnie. Serce pękało, kiedy musieliśmy rozstać się po krótkim spacerze. W pracy radziłem sobie jak mogłem, a że znałem tylko jedno słowo, na trzy tysiące włoskich słów na minutę wypowiadanych przez mojego pracodawcę, odpowiadałem zawsze SI, nie wiedząc dlaczego rzuca we mnie patelniami i garnkami. I tak zostałem MISTER SI. Poważny problem pojawiał się kiedy szef wołał np. „Roberto – padella”, ja oczywiście odpowiadałem SI i podawałem mu garnek,  który za chwilę lądował na mojej głowie. Tak wyglądały moje pierwsze lekcje języka włoskiego.

Kiedy wreszcie udało Wam się zamieszkać z Renatą i Krystianem razem?
Sezon wakacyjny szybko się skończył, a wraz z nim moja praca sezonowa. Wtedy nadszedł moment na nowe decyzje. Renata rzuciła pracę, wynajęliśmy mieszkanie na krechę i oboje zaczęliśmy szukać zatrudnienia. Było ciężko, ale od wielu miesięcy znów byliśmy razem…

Kiedy Krystian miał 7 lat urodziła się Victoria. Mając dwójkę małych dzieci, mnóstwo codziennych kłopotów szybko zacząłeś działać w czynie społecznym na rzecz Polonii. Opowiedz o tym, skąd czerpałeś energię, na przygotowywanie programu telewizyjnego o Polsce w lokalnej TV, na założenie stowarzyszenia polonijnego…

Praca, dom, dzieci, wydawałoby się, że nie ma już czasu na nic innego. Mogłem zająć się pracą społeczną dzięki Renacie, bez jej akceptacji i pomocy, nic by mi się nie udało. Każdy mój sukces jest naszym sukcesem. Nic tu nie było planowane, wszystko zaczęło się spontanicznie i maszyna zaczęła się kręcić. Piętnaście lat temu w Follonice było około 30 polskich kobiet , które pracowały we włoskich domach. Polska rodzina z dzieckiem to był ewenement. Pamiętam jak zorganizowaliśmy pierwszą mszę świętą w języku polskim. Kościół był pełen, dlatego też postanowiliśmy organizować je regularnie. Często po nabożeństwie podchodziły do mnie kobiety i opowiadały o swoich problemach, tych w Polsce i tu we Włoszech. Prosiły o wsparcie i pomoc. I co miałem je tak zostawić… Aby pomóc im w rozwiązaniu tych rożnych kłopotów, biegałem do związków zawodowych, urzędów, prawników, przestudiowałem włoskie prawo pracy… Moja wiedza dawała mi nową adrenalinę, a każdy rozwiązany problem ogromną satysfakcję. I tak w moim domu spotykały się kobiety na „herbatki u Renatki”,  a mój osobisty numer telefonu , który posiadam od 15 lat zrobił Giro di Italia.

Tak też powstała idea, a potem samo Stowarzyszenie. W podobny sposób narodziłRenata w studio TV / foto: archiwum prywatne Roberta Małeckiego się pomysł na program TV w lokalnej telewizji, który miał za zadanie promować Polskę i odpowiadać na antenie na pytania Polaków. Po omówieniu szczegółów z dyrektorem TV Teletirreno Maremma Channel, pełen entuzjazmu ,że udało mi się go przekonać, wracałem do domu i w drodze doszło do mnie, że przecież nie ma go kto poprowadzić… Nie było czasu się długo zastanawiać, bo trzeba było działać od razu. Pamiętam do dziś, jak wpadłem do domu szczęśliwy, Renata zajmowała się wtedy naszą dwumiesięczną Victorią Robertą i  mnie oświeciło. Powiedziałem do żony: „wiesz, załatwiłem ci pracę, od jutra będziesz dziennikarką…”. Myślałem, że upuści małą na podłogę, zanim wypowiedziała: „ale…” a ja nie czekając dłużej, powiedziałem: „no, wiedziałem że się zgodzisz!”. I tak Renata szybko udowodniła ,że jest dobra i z plastyczki przekwalifikowała się na dziennikarkę (została nawet zarejestrowana w Albo dei Giornalisti di Firenze). Oczywiście została pierwszym członkiem mojego stowarzyszenia!  Od tej pory dzieciaki towarzyszyły nam wszędzie (nagrania , zjazdy, konferencje, itp…).

Stowarzyszenie, a może dokładniej kilka osób z wielką chęcią, zrobiło wiele wspaniałych rzeczy, np. pielgrzymka do Rzymu z audiencją  u Papieża Jana Pawła II, pomoc finansowa i materialna polskim powodzianom, projekt  AmicinelMondo i przyjazd dzieci ze szkoły podstawowej im. Jana Pawła II z Czułczyc do Włoch z pielgrzymką i audiencją u Papieża Benedykta XVI, zrealizowanie marzenia małego Miłosza z Fundacji „Trzeba Marzyć” i wiele, wiele innych pięknych inicjatyw, które mam nadzieje, tak mnie, jak wszystkim innym pozwoliły tu przetrwać trudne chwile.

5 lat temu podjąłeś studia w Rzymie w Europejskiej Wyższej  Szkole Prawa i Administracji. Dojazdy z Toskanii do Wiecznego Miasta, konieczność pogodzenia nauki z pracą i życiem rodzinnym na pewno kosztowały Cię wiele wyrzeczeń. Jak wspominasz ten okres Twojego życia? Co najbardziej Cię mobilizowało do nauki?
Do podjęcia studiów namówiła mnie oczywiście moja żona Renata, a to tylko z tego powodu, że w Rzymie pojawił się tak fascynujący mnie kierunek jakim jest prawo. Liczyliśmy się z tym, że będzie ciężko i faktycznie tak było. Dojazdy, hotele, wyżywienie, to ogromne koszty,  a w dodatku czas, którego i tak już wcześniej miałem mało. Jestem jednak szczęśliwy, gdyż ukończenie EWSPA w Rzymie zmieniło moje życie. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, którzy podobnie jak  ja chcieli zmienić swoje życie. Mile wspominam ten okres mojego życia.

Z pomywacza naczyń stałeś się prawnikiem. To niezły wyczyn jak na emigranta we Włoszech, nie uważasz?
To nie wyczyn, to życie. Myślę że to od nas samych zależy, jak się potoczą nasze losy. Mógłbym przecież do tej pory zostać w tamtej restauracji i myć naczynia, przychodzić do domu zmęczony i przy butelce piwa narzekać na życie, politykę i cały ten zły świat. Nie chciałbym nikogo urazić, ale uważam że na podejmowanie odpowiednich decyzji  musi się składać wiele czynników . Czuję się człowiekiem  szczęśliwym, bo u mojego boku w momencie podejmowania ważnych dla mnie decyzji i w trakcie ich wcielenia w życie wspierała mnie zawsze moja kochana żona Renata i dwoje naszych fantastycznych dzieciaków. To dzięki nim i ich wytrwałości, wyrozumiałości i mojej konsekwencji dziś z dumą mogę powiedzieć,  że jestem magistrem prawa.  Obroniłem dyplom pod koniec ubiegłego roku. Krótko po ukończeniu studiów założyłem firmę Konsulent ItalPol wraz z moim wspólnikiem Avv. Giuseppe Balzano. Moja firma doradcza oprócz fachowych porad prawnych, zajmuję się również promocją Polskich firm, polskiego dobrego produktu na włoskim rynku, jak również zakładaniem nowych włoskich firm w Polsce,  co wiąże się z napływem do Polski nowego kapitału i tworzenia miejsc pracy.

Życzymy Ci dalszych zawodowych i osobistych sukcesów. Jak już wcześniej uprzedziłyśmy  Ciebie i czytelników „Naszego Świata” o  Twojej działalności społecznikowskiej na rzecz Polonii włoskiej i plany, zjednoczenia Polaków we Włoszech porozmawiamy z Tobą przy innej (niedalekiej) okazji.
Dziękuję.

Danuta Wojtaszczyk i Anna Malczewska