Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
18
So, listopad

Jego „kariera” we Włoszech zaczęła się od spania na plaży i pracy na zmywaku. Dziś jest prawnikiem (właśnie rozkręca własne biuro poradnictwa), dumnym ojcem dwójki, wychowanych na porządnych ludzi nastolatków i cenionym animatorem życia Polonii włoskiej.

Robert i Renata / foto: archiwym prywatne Roberta MałeckiegoWiele się zmieniło w jego życiu w ciągu ostatnich piętnastu lat, jednak Robert pozostał wciąż ten sam. Kiedy naście lat temu poznałyśmy go w Rzymie był niepoprawnym idealistą, zamęczającym zebrane  grono działaczy polonijnych różnymi  pomysłami na to, jak uszczęśliwić wszystkich Polaków mieszkających we Włoszech. Przekonywał, że gdyby Polonusi z całej Italii zjednoczyli się, nie byłoby już rodaka, który cierpiałby z powodu biedy, osamotnienia, bezdomności i dyskryminacji. Z tego idealizmu nie wyrósł, z pożytkiem, trzeba przyznać dla Polonii włoskiej. Nie doczekaliśmy się wprawdzie jeszcze żadnej super-organizacji polonijnej, zdolnej zjednoczyć wszystkich, to jednak dzięki temu upartemu społecznikowi w tym roku już po raz drugi Polonusi z całego Półwyspu Apenińskiego mieli okazję do spotkania  (podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy).

Nie zamierzamy jednak w tym miejscu rozwodzić się nad dalszymi zapowiadanymi przez Roberta Małeckiego planami jednoczenia Polaków we Włoszech (poświęcimy temu oddzielny artykuł), pragniemy po prostu zaprezentować Wam sylwetkę kolejnego rodaka, który jest wcieleniem jakże bliskiemu naszym sercom powiedzenia:  „Polak potrafi”.

Podobno psychika ludzka ma tendencję do usuwania z pamięci przykrych doświadczeń, a jak wiemy Twoje pierwsze dni we Włoszech nie były usłane różami. Pamiętasz jeszcze tamte chwile zaraz po przyjeździe?
Pamiętam  doskonale ten okres życia, choć minęło już piętnaście lat. Moja żona Renata była już we Włoszech. Przyjechała  tu do pracy, żeby poprawić naszą sytuację finansową. W tamtym czasie mieliśmy sporo kłopotów…  Byliśmy młodym małżeństwem, na dorobku i mieszkaniem na  kredyt. Małe dziecko,  trochę życiowych pomyłek i cóż, tak się wszystko niefajnie ułożyło, że trzeba było szukać pracy za granicą.  Rodzina, u której pracowała Renata jako pomoc domowa i opiekunka starszej pani, pozwoliła jej przywieźć  dziecko. Krystian miał wtedy trzy i pół roku.  Oczywiście to już było bardzo dużo, że dziecko mogło być z mamą,  jednak ja zostałem sam w Polsce, i tak naprawdę nie wiedziałem  co ze sobą począć. Czułem się przegrany już  na samym starcie. Po kilku miesiącach stwierdziłem, że dłużej tej rozłąki nie wytrzymam.  Spakowałem walizkę, wsiadłem w busa i zadzwoniłem tylko, że  jadę, nie czekając na reakcję Renaty. Po kilkunastu godzinach znalazłem się w przepięknej miejscowości  letniskowej  nad morzem Tyrreńskim.

I co było dalej?
Potem był wielki stres…. Z żoną i dzieckiem wprawdzie się widziałem,  ale nie było mowy o tym, abym się zatrzymał u tej rodziny, u której pracowała Renata. Więc podstawowym problemem po przyjeździe było to, gdzie przenocować, i gdzie zahaczyć się do pracy. Pierwszy dzień i pierwsza noc to dopiero była improwizacja! Przechadzałem się po plaży, bo o spaniu na leżakach nie było mowy. Dzięki życzliwości znajomych mojej żony cudem udało mi się znaleźć pracę. Cudem, gdyż po włosku umiałem powiedzieć tylko „SI”. Pewien kucharz o miękkim sercu wziął mnie do mycia garów, za 50 tysięcy lirów dniówki. Super jak na początek, miałem co jeść, a także gdzie spać. Było to wprawdzie spanie na podłodze w przedpokoju u mojego pracodawcy, ale nie musiałem się już przynajmniej szlajać po plaży.
I pomyśleć, że w Polsce zostawiliśmy pusty nowiutki jak z igły apartament!

Żonę i syna mogłem zobaczyć tylko wtedy, kiedy Renata i ja mieliśmy wolne popołudnie. Serce pękało, kiedy musieliśmy rozstać się po krótkim spacerze. W pracy radziłem sobie jak mogłem, a że znałem tylko jedno słowo, na trzy tysiące włoskich słów na minutę wypowiadanych przez mojego pracodawcę, odpowiadałem zawsze SI, nie wiedząc dlaczego rzuca we mnie patelniami i garnkami. I tak zostałem MISTER SI. Poważny problem pojawiał się kiedy szef wołał np. „Roberto – padella”, ja oczywiście odpowiadałem SI i podawałem mu garnek,  który za chwilę lądował na mojej głowie. Tak wyglądały moje pierwsze lekcje języka włoskiego.

Kiedy wreszcie udało Wam się zamieszkać z Renatą i Krystianem razem?
Sezon wakacyjny szybko się skończył, a wraz z nim moja praca sezonowa. Wtedy nadszedł moment na nowe decyzje. Renata rzuciła pracę, wynajęliśmy mieszkanie na krechę i oboje zaczęliśmy szukać zatrudnienia. Było ciężko, ale od wielu miesięcy znów byliśmy razem…

Kiedy Krystian miał 7 lat urodziła się Victoria. Mając dwójkę małych dzieci, mnóstwo codziennych kłopotów szybko zacząłeś działać w czynie społecznym na rzecz Polonii. Opowiedz o tym, skąd czerpałeś energię, na przygotowywanie programu telewizyjnego o Polsce w lokalnej TV, na założenie stowarzyszenia polonijnego…

Praca, dom, dzieci, wydawałoby się, że nie ma już czasu na nic innego. Mogłem zająć się pracą społeczną dzięki Renacie, bez jej akceptacji i pomocy, nic by mi się nie udało. Każdy mój sukces jest naszym sukcesem. Nic tu nie było planowane, wszystko zaczęło się spontanicznie i maszyna zaczęła się kręcić. Piętnaście lat temu w Follonice było około 30 polskich kobiet , które pracowały we włoskich domach. Polska rodzina z dzieckiem to był ewenement. Pamiętam jak zorganizowaliśmy pierwszą mszę świętą w języku polskim. Kościół był pełen, dlatego też postanowiliśmy organizować je regularnie. Często po nabożeństwie podchodziły do mnie kobiety i opowiadały o swoich problemach, tych w Polsce i tu we Włoszech. Prosiły o wsparcie i pomoc. I co miałem je tak zostawić… Aby pomóc im w rozwiązaniu tych rożnych kłopotów, biegałem do związków zawodowych, urzędów, prawników, przestudiowałem włoskie prawo pracy… Moja wiedza dawała mi nową adrenalinę, a każdy rozwiązany problem ogromną satysfakcję. I tak w moim domu spotykały się kobiety na „herbatki u Renatki”,  a mój osobisty numer telefonu , który posiadam od 15 lat zrobił Giro di Italia.

Tak też powstała idea, a potem samo Stowarzyszenie. W podobny sposób narodziłRenata w studio TV / foto: archiwum prywatne Roberta Małeckiego się pomysł na program TV w lokalnej telewizji, który miał za zadanie promować Polskę i odpowiadać na antenie na pytania Polaków. Po omówieniu szczegółów z dyrektorem TV Teletirreno Maremma Channel, pełen entuzjazmu ,że udało mi się go przekonać, wracałem do domu i w drodze doszło do mnie, że przecież nie ma go kto poprowadzić… Nie było czasu się długo zastanawiać, bo trzeba było działać od razu. Pamiętam do dziś, jak wpadłem do domu szczęśliwy, Renata zajmowała się wtedy naszą dwumiesięczną Victorią Robertą i  mnie oświeciło. Powiedziałem do żony: „wiesz, załatwiłem ci pracę, od jutra będziesz dziennikarką…”. Myślałem, że upuści małą na podłogę, zanim wypowiedziała: „ale…” a ja nie czekając dłużej, powiedziałem: „no, wiedziałem że się zgodzisz!”. I tak Renata szybko udowodniła ,że jest dobra i z plastyczki przekwalifikowała się na dziennikarkę (została nawet zarejestrowana w Albo dei Giornalisti di Firenze). Oczywiście została pierwszym członkiem mojego stowarzyszenia!  Od tej pory dzieciaki towarzyszyły nam wszędzie (nagrania , zjazdy, konferencje, itp…).

Stowarzyszenie, a może dokładniej kilka osób z wielką chęcią, zrobiło wiele wspaniałych rzeczy, np. pielgrzymka do Rzymu z audiencją  u Papieża Jana Pawła II, pomoc finansowa i materialna polskim powodzianom, projekt  AmicinelMondo i przyjazd dzieci ze szkoły podstawowej im. Jana Pawła II z Czułczyc do Włoch z pielgrzymką i audiencją u Papieża Benedykta XVI, zrealizowanie marzenia małego Miłosza z Fundacji „Trzeba Marzyć” i wiele, wiele innych pięknych inicjatyw, które mam nadzieje, tak mnie, jak wszystkim innym pozwoliły tu przetrwać trudne chwile.

5 lat temu podjąłeś studia w Rzymie w Europejskiej Wyższej  Szkole Prawa i Administracji. Dojazdy z Toskanii do Wiecznego Miasta, konieczność pogodzenia nauki z pracą i życiem rodzinnym na pewno kosztowały Cię wiele wyrzeczeń. Jak wspominasz ten okres Twojego życia? Co najbardziej Cię mobilizowało do nauki?
Do podjęcia studiów namówiła mnie oczywiście moja żona Renata, a to tylko z tego powodu, że w Rzymie pojawił się tak fascynujący mnie kierunek jakim jest prawo. Liczyliśmy się z tym, że będzie ciężko i faktycznie tak było. Dojazdy, hotele, wyżywienie, to ogromne koszty,  a w dodatku czas, którego i tak już wcześniej miałem mało. Jestem jednak szczęśliwy, gdyż ukończenie EWSPA w Rzymie zmieniło moje życie. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, którzy podobnie jak  ja chcieli zmienić swoje życie. Mile wspominam ten okres mojego życia.

Z pomywacza naczyń stałeś się prawnikiem. To niezły wyczyn jak na emigranta we Włoszech, nie uważasz?
To nie wyczyn, to życie. Myślę że to od nas samych zależy, jak się potoczą nasze losy. Mógłbym przecież do tej pory zostać w tamtej restauracji i myć naczynia, przychodzić do domu zmęczony i przy butelce piwa narzekać na życie, politykę i cały ten zły świat. Nie chciałbym nikogo urazić, ale uważam że na podejmowanie odpowiednich decyzji  musi się składać wiele czynników . Czuję się człowiekiem  szczęśliwym, bo u mojego boku w momencie podejmowania ważnych dla mnie decyzji i w trakcie ich wcielenia w życie wspierała mnie zawsze moja kochana żona Renata i dwoje naszych fantastycznych dzieciaków. To dzięki nim i ich wytrwałości, wyrozumiałości i mojej konsekwencji dziś z dumą mogę powiedzieć,  że jestem magistrem prawa.  Obroniłem dyplom pod koniec ubiegłego roku. Krótko po ukończeniu studiów założyłem firmę Konsulent ItalPol wraz z moim wspólnikiem Avv. Giuseppe Balzano. Moja firma doradcza oprócz fachowych porad prawnych, zajmuję się również promocją Polskich firm, polskiego dobrego produktu na włoskim rynku, jak również zakładaniem nowych włoskich firm w Polsce,  co wiąże się z napływem do Polski nowego kapitału i tworzenia miejsc pracy.

Życzymy Ci dalszych zawodowych i osobistych sukcesów. Jak już wcześniej uprzedziłyśmy  Ciebie i czytelników „Naszego Świata” o  Twojej działalności społecznikowskiej na rzecz Polonii włoskiej i plany, zjednoczenia Polaków we Włoszech porozmawiamy z Tobą przy innej (niedalekiej) okazji.
Dziękuję.

Danuta Wojtaszczyk i Anna Malczewska

Kilka miesięcy temu wzięła udział w polskiej edycji programu kulinarnego MasterChef, podczas którego udało jej się dojść do półfinału.Gotowanie fascynowało ją już od małego, ale dopiero po przyjeździe do Włoch stało się prawdziwą pasją. Obecnie prowadzi z mężem rodzinne gospodarstwo rolne, specjalizujące się w produkcji oliwy z oliwek extravergine. Z Agnieszką Sulikowską-Radi rozmawia Anna Malczewska

Agnieszka w kuchni / foto: archiwum prywatneKiedy przyjechałaś do Włoch i jaki był powód Twojej przeprowadzki?

Po raz pierwszy przyjechałam do Włoch podczas studiów, biorąc udział w programie Socrates-Erasmus. Przez pięć miesięcy studiowałam na Uniwersytecie w mieście L'Aquila. Wróciłam di Polski, obroniłam się (z wykształcenia jestem nauczycielem fizyki) i postanowiłam wrócić na wakacje do Włoch. Przez trzy miesiące pracowałam dla agencji animatorów na kempingach. Podróżowałam pomiędzy Jeziorem Garda, Elbą i wybrzeżem Toskanii, poznając nowych ludzi, miejsca i kulturę. Wakacje dobiegały końca, a ja nie do końca chciałam wracać. Postanowiłam zapisać się na studia, tym razem we Włoszech. Wybrałam Uniwersytet w Urbino, przeprowadziłam się do Pesaro i znalazłam pracę jako kelnerka w restauracji i tak zaczął się mój nowy rozdział życia.

Mieszkasz w Tavullia, 70 km od Ankony, gdzie wraz z mężem prowadzisz gospodarstwo rolne, w którym zajmujecie się uprawą drzew oliwkowych i produkują oliwę. Jak narodził się ten pomysł?

Po kilku latach pracy, która wiązała się z ciągłymi podróżami, byliśmy zmęczeni. W sumie w ciągu roku spędzaliśmy w domu może miesiąc. Chcieliśmy się zatrzymać w końcu i zmienić wszystko. Pomysł na plantację oliwek był przypadkowy. Nasz znajomy nie wiedział co zrobić ze swoimi drzewami oliwnymi, więc doszliśmy do wniosku, że możemy się nimi zająć my. I tak wszystko się zaczęło. Wypełniłam dom tonami książek o uprawie drzew oliwnych i produkcji oliwy. Nie obyło się bez problemów... pogoda potrafi naprawdę zepsuć całoroczną pracę. Ale coś za coś. Praca jest bardzo ciężka, ale daje dużo satysfakcji.

Kilka miesięcy temu wzięłaś udział w polskiej edycji MasterChef, niestety nie udało Ci się wygrać programu, ale pozostały Ci z pewnością wspaniałe wspomnienia. Opowiedz nam o nich.

Przygoda była świetna. Idąc na casting  nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę dojść tak daleko. Jestem dumna z tego co osiągnęłam i cieszę się, że wygrała Basia Ritz. Jestem dożywotnim fanem jej kuchni. Do dziś konsultuję z nią różne moje przepisy, bardzo często jej wskazówki są na wagę złota. 

Nagrania były bardzo ciężkie i stresujące, ale towarzystwo reszty uczestników było wspaniałe, więc bawiliśmy się świetnie. Bardzo miło wspominam również Michela Morana i Anię Starmach. Michel jest wspaniałym człowiekiem i utalentowanym kucharzem. Dla mnie najbardziej liczyła się jego opinia. Często po nagraniach, już w kuluarach, komentował nasze dania, dając nam techniczne wskazówki. Byłam gościem w Zbiory / foto: archiwum prywatnejego restauracji w Warszawie i do dziś wspominam ten dzień, wszystkie dania były wyśmienite.

Jeżeli chodzi o resztę uczestników, to do dziś mamy ze sobą kontakt i spotykamy się. W programie trzymaliśmy się razem i bardzo często pomagaliśmy sobie. Wieczorami żartowaliśmy z samych siebie analizując dzień nagraniowy. Nie było nas w domu prawie dwa miesiące, więc bardzo się zżyliśmy ze sobą... ciężko było się żegnać.

Po zakończeniu nagrań rozjechaliśmy się po świecie, ale na szczęście nawet tysiące kilometrów nam nie zaszkodziło .Ostatnio gotowaliśmy wspólnie na Rynku w Krakowie z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Dowiedziałam się, że tak naprawdę gotowanie stało się Twoją pasją dopiero we Włoszech, czy to dzięki kuchni śródziemnomorskiej?

Pamiętam, że już w szkole podstawowej gotowałam rodzicom obiady. Na początku była to kuchnia polska, później pierwsze eksperymenty. Powiedzmy, że pierwsze kroki stawiałam w Polsce. Jednak dopiero po wyjeździe z Polski wszystko się zaczęło. We Włoszech spotkałam się z nieograniczoną ilością produktów najwyższej jakości, których dotąd nie znałam. Na początku kopiowałam dania, które serwowałam na co dzień w restauracji. Później podpatrywałam teściową jak gotowała potrawy regionalne. Kiedy tylko miałam czas, oglądałam program „La prova del cuoco”, skąd wzięło się wiele nowych pomysłów. Zawsze miałam olbrzymie ilości książek kucharskich, ale nigdy nic nie ugotowałam z przepisu. Służyły mi raczej jako inspiracja. 

Jeżeli chodzi o eksperymenty kulinarne, to muszę niestety czekać, aż pojadę do Polski, gdzie często urządzam kolacje dla przyjaciół. Mój mąż jest powiedzmy "klaustrofobem kulinarnym", ale to chyba  cecha większości narodu włoskiego. (śmiech) On po prostu nie uznaje innej kuchni niż włoska. Staram się z tym walczyć... choć o efekty nie jest łatwo.

Agnieszka Sulikowska-Radi podczas polskiej edycji programu MasterChef / foto: Jacek WrzesińskiCo robi Agnieszka Sulikowska-Radi oprócz gotowania i produkcji oliwy?

Mam wiele zainteresowań, niektóre towarzyszą mi od lat, inne zmieniają się dość często. W lecie dużo jeżdżę na rowerze, pływam i nurkuję. Łowię owoce morza i często na kolację mamy to, co nazbieram pod wodą w ciągu dnia. Uwielbiam podróżować. Nudzą mnie miejsca i czuję potrzebę częstego przemieszczania się. Moje podróże, to również poznawanie nowych produktów i smaków w sumie to wszystko sprowadza się u mnie do kuchni. (śmiech) Dużo czytam. Uwielbiam kryminały, ale nie tylko. Z książkami jest u mnie tak jak z kuchnią czy muzyką, wybieram taką, która pasuje do aktualnego stanu mojej duszy. 

Czy możesz podzielić się z Czytelnikami jednym z ulubionych Twoich przepisów? 

Jestem miłośniczką wszelkiego rodzaju zup, szczególnie kremów. Zupę potrafię zrobić z wszystkiego. W zimie uwielbiam dodawać do dań imbir i gałkę muszkatołową, a jedną z ulubionych zup w tym sezonie to krem z marchwi właśnie z imbirem, podawany z grzankami z wędzonym serem. Inne przepisy można znaleźć na mojej stronie internetowej: www.l-olivo.pl.

Agnieszka poleca: Zupa krem z marchwi z imbirem

Twoje plany na przyszłość?

Planów jest dużo... w większości oczywiście związanych z kuchnią. Cały czas pracuję nad moim portalem internetowym, który niedawno stworzyłam: www.l-olivo.pl. Pragnę rozbudować mój sklep internetowy o trufle i inne niszowe produkty włoskie. Planuję nagranie kilku filmów instruktażowych z robienia makaronu. Chcę przybliżyć Polakom prawdziwą włoską kuchnię. Zawsze chciałam zająć się też turystyką. Szukam cały czas agroturystyki lub jakiejś innej struktury, z którą mogłabym współpracować. Chciałabym stworzyć miejsce, gdzie można spędzić najwspanialsze włoskie wakacje: zwiedzając, łowiąc ryby, ucząc się gotowania czy języka włoskiego. Biesiadując do późnego wieczora przy kieliszku lokalnego wina, dobrej kuchni i włoskiej muzyce.

Życzę Ci spełnienia wszystkich marzeń i mam nadzieję, że niedługo będę mogła Cię odwiedzić, by przeżyć najwspanialsze w życiu wakacje.

Dziękuję.

Redakcja dziękuje stacji TVN za udostępnienie zdjęcia Agnieszki Sulikowskiej-Radi z programu Master Chef

Alicja Zielińska mieszka od 8 lat w Motta Sant'Anastasia nieopodal Katanii. Kilka miesięcy temu dostała się do konkursu piękności Miss Primavera, którego finał odbedzie się w maju. Do tego czasu można oddać głos na piękną Polkę, wchodząc na jego oficjalną stronę.

29-letnia Alicja miała zatrzymać się tutaj na kilka tygodni, a została wraz z koleżanką aż 3 miesiące.
- Na Sycylię przyjechałam z koleżanką na wakacje. Podczas pobytu poznałam mojego męża – wspomina Alicja i dodaje – nie chciałam się tutaj z nikim wiązać, ponieważ nie myślałam o przeprowadzce do Włoch. Nie znałam włoskiego, poza tym byłam w trakcie studiów.

- Widywaliśmy się coraz częściej i minęło prawie 5 lat od naszego ślubu – mówi. – Mamy piękną, trzyletnią córeczkę i psa, którego kupiliśmy w Polsce, także mój mąż mieszka z trzema kobietami i do tego Polkami (śmiech).

Alicja ukończyła w Warszawie Wyższą Szkołę Psychologii Społecznej, jednak nie pracuje w swoim wyuczonym zawodzie.
- Jakiś czas temu byłam tłumaczem w amerykańskiej bazie wojskowej w Sigonelli, a teraz o czasu do czasu pracuję jako modelka – przyznaje Polka.

W listopadzie ubiegłego roku 29-latka dostała się do drugiej edycji konkursu piękności Miss Primavera.
- To był przypadek. Znalazłam reklamę konkursu w internecie i postanowiłam, dla żartu zapisać się, ale nie mogłam na stronie imprezy wgrać moich zdjęć – tłumaczy. – Postanowiłam dać sobie spokój, ale na drugi dzień otrzymałam wiadomość od organizatora, który pytał mnie, czy jednak nie zdjecyduję się na wzięcie udziału w konkursie, ponieważ widział moje zdjęcia, które bardzo mu się spodobały.

W jaki sposób można oddać głos na polską kandydatkę?
- Wystarczy wejśc na mój profil, zamieszczony na stronie konkursu:  – mówi Ala, prosząc czytelników „Naszego Swiata” o doping.

Głosy na młodą Polkę można oddawać do maja. W konkursie można wygrać m.in.: profesjonalnie zrobioną stronę internetową laureatki oraz różnego rodzaju sesje zdjęciowe.
- Wygrana w konkursie nie zmieni mojego życia, ponieważ traktuję go jako przygodę i dobrą zabawę, jednak będzie mi niezmiernie miło, jeżeli rodacy będą popierać moją kandydaturę – stwierdza na koniec Zielińska.

Anna Malczewska

6 lat temu do Rzymu przywiódł ją „zapach antyku”. W tej chwili, oprócz pracy zawodowej, regularnie zajmuje się dziennikarstwem oraz tłumaczeniem włoskiej literatury na język polski. Zarówno Polska jak i Włochy zakorzeniły się mocno w jej sercu i nie wyobraża sobie życia bez związków kulturowych obu krajów. Z Joanną Longawą rozmawia Anna Malczewska

Joanna Longawa / foto: Massimo InsabatoOd ilu lat mieszka Pani we Włoszech i jaki był powód przeprowadzki?
We Włoszech mieszkam już od sześciu lat. Być może łamię pewien schemat, ale przyjechałam tutaj sama, świeżo po studiach, z czystej miłości do kraju i oczywiście do języka. Rodzina mówi, że to geny pradziadka i może coś w tym jest (śmiech). Czy była to bardziej ciekawość do świata, czy młodzieńcza odwaga tudzież głupota, sama nie wiem, ale stało się. Przyjechałam. Najpierw zatrzymałam się na chwilkę na północy, w Genui, mieście Krzysztofa Kolumba. Po czym zwiedziwszy wszerz i wzdłuż przepiękne costa (wybrzeże) Ligurii postanowiłam przenieść się do Wiecznego Miasta, które – nie będę ukrywać - jest moją kolejną pasją i chyba już z niego nie wyjadę, przynajmniej na razie się na to nie zanosi… „Zapach antyku” to coś, czego w Krakowie, w Polsce – nie umniejszając pięknu Małopolski i naszego państwa –  brakowało mi najbardziej.

Skończyła Pani edytorstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, uczyła języka włoskiego w szkole językowej. Proszę powiedzieć, czy po przeprowadzce do Włoch trudno było się Pani odnaleźć w nowej rzeczywistości, będąc cudzoziemką?

Na początku, muszę przyznać, tak. Czułam się nieswojo. Bez pracy, sama w nowej rzeczywistości, w nowym świecie, przerażona nową mentalnością (mam na myśli nieustanne zaczepki na ulicy i stereotypy o tzw. kobietach ‘dell’Est’). Wkrótce jednak pierwsze doświadczenia zawodowe pozwoliły mi szybko oswoić się z sytuacją, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Stopniowo uwierzyłam w swoje możliwości, nabrałam pewności, dystansu do pewnych spraw, ludzi, zachowań i stałam się całkowicie samowystarczalna, a to chyba jest najważniejsze dla każdego, niezależnie od kraju, w którym mieszka.

Czym zajmuje się Pani zawodowo w chwili obecnej?
W tym momencie pracuję na lotnisku Fiumicino i zajmuję się dzienną kontrolą lotόw międzynarodowych linii, z którymi współpracuje moja firma. Lubię mieć kontakt z całym światem, a lotnisko jest bez wątpienia jednym z takich wielokulturowych miejsc. Jednocześnie nie rezygnuję z wyuczonych ukochanych zawodów: redaktor, lingwista oraz antropologistycznej pasji. Regularnie zajmuję się dziennikarstwem, pisząc dla Gazzetty Italia, Economy Way, Net1News i Mondospettacolo. Mam nadzieję, iż w przyszłości uda mi się poszerzyć tę listę.

Pisze Pani do pism online wymienionych wyżej. W jaki tematach się Pani specjalizuje?
Online za wyjątkiem polsko-włoskiego miesięcznika Gazzetta Italia, który wychodzi w wersji drukowanej w Warszawie, po czym rozprowadzany jest we wszystkich instytucjach i lokalach polsko-włoskich w całej Polsce.
Jako dziennikarka specjalizuję się w tematyce kulturalnej, a przez kulturę rozumiem nie tylko świat showbusinessu, który niejednokrotnie od niej odbiega, ale i muzykę, teatr, literaturę. Lubię odkrywać nowe talenty muzyczne, znam wielu utalentowanych piosenkarzy, których warto promować. Lubię przeprowadzać wywiady z mniej lub bardziej znanymi osobistościami ze świata włoskiego kina, telewizji. Lubię pisać o sztuce i związkach polsko-włoskich. Lubię po prostu pisać, o wszystkim.

 Joanna Longawa z drużyną polskich i włoskich pisarzy. Sulejówek (6.10.2012)

Oprócz tego zajmuje się Pani tłumaczeniami książek. Skąd wzięła się pasja językiem włoskim?
Tłumaczę włoską literaturę na język polski i jeśli trzeba organizuję promocyjne eventy, jak warszawski mecz pisarzy Polska-Włochy w przypadku październikowej prezentacji książki Jallinha (Gianluca Lombardo D’Aquino), Zen Piłki Nożnej (Wydawnictwo Radwan 2012). W maju opublikowanych zostanie również kilka moich wierszy w tomiku Parole sparse (Casa Editrice Pagine), gdzie po raz pierwszy w życiu przyszło mi tłumaczyć samą siebie z polskiego na włoski… (śmiech). Jednym słowem, a raczej zdaniem, nie wyobrażam sobie życia bez literatury, sztuki i… pogaduszek multilingue na żywo, czy w dialogu z literaturą. A jeśli chodzi o pasję do języka włoskiego… Jak już nadmieniłam, musiała to być genetyka, choć ja mam wielką słabość do językόw obcych w ogóle… Mόc wyrazić samą siebie w kilku idiomach to chyba najpiękniejsza rzecz jaka mogła mi się przydarzyć w życiu…

Co Pani myśli na temat związkόw kulturowych polsko-włoskich?

Nie wyobrażam sobie życia bez tzw. związkόw polsko-włoskich. Oba kraje zakorzenione są mocno w moim sercu, w mojej głowie. Do obu przynależę, oba bardzo dobrze znam i szanuję. Mamy przepiękną wspólną historię, podobne przyzwyczajenia, poczucie humoru, jak i, niestety, wiele wad. Moim dziennikarskim celem (taki sobie przed sobą postawiłam) jest nie tylko kultura sama w sobie, ale i uwrażliwianie włoskiego odbiorcy na polskie tematy, pisząc o wspόlnych polsko-włoskich wydarzeniach (mecz pisarzy, wystawa Mitoraja w Agrigento), nowinkach kulturalnych (recenzje muzyczne), czy wspόlnej historii (konotacje praciotki rzymskiego reżysera Danilo Gattai z krόlem S. A. Poniatowskim, refleksje dyrektora orchiestry rzymskiej Piero Gallo na temat Chopina, itp.). Czasami, przyznaję, czuję się jak taki wicehrabia przepołowiony z powieści Italo Calvino. Tętnią we mnie dwa rόżne światy, z ktόrych każdy jest tak samo ważny i z taką samą siłą wpływa na moje ‘ja’.

Czy warto te związki podtrzymywać?
Oczywiście, że tak. Świadomość tego, kim jesteśmy, skąd się wywodzimy to całe nasze bogactwo. Nie tylko mam na myśli kulturę polską i włoską. Wiedza o kulturze nie może ograniczać się do jednego, czy dwόch krajόw, gdyż to grozi ignorancją i nietolerancją. Kultura to człowieczeństwo, kultura to my ludzie z całego świata. I tak na przykład, z gόry proszę mi wybaczyć banalność przykładόw, Italia może dziękować Polsce za obronę linii Gustava podczas drugiej wojny światowej lub wynalezienie neapolitańskiego babà, Polacy Włochom za królowę Bonę, warzywa i Uniwersytet Jagielloński, powstały według włoskich wzorόw, Europa Ameryce Południowej za kawę, a krajom arabskim za rozpowszechnienie przypraw,  Grecja Antyczna Sumerom za mitologię, Rzym antyczny krajom starej Ilirii za wymyślenie Dionizosa, a w końcu cały świat Afryce za… powstanie Homo Sapiens. Jesteśmy całością i tylko w konfrontacji z innymi możemy poznać i zrozumieć samych siebie.

Dziękuje bardzo za rozmowę.
Dziękuję.

Ryszard Demel jest pierwszym Polakiem oraz obcokrajowcem, który otrzymał tak wysokie wyróżnienie w Padwie.

Ryszard Demel14 stycznia w Padwie odbyła się uroczystość przyznania Honorowego Obywatelstwa Miasta Padwy Ryszardowi Demelowi - polskiemu artyście, filologowi, historykowi sztuki, nauczycielowi akademickiemu, związany z Uniwersytetem w Padwie. Wniosek o nadanie tego wyróżnienia złożony został przez znany autorytet naukowy prof. Giuliano Pisani i Stowarzyszenie Włosko-Polskie w Padwie (AIPP).

Ryszard Demel to niezwykła postać Polaka na obczyźnie. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku. Na początku 1945 r. wstąpił do II Korpusu we Włoszech. W 1946 r. został skierowany przez gen. Andersa na studia do Akademii Sztuk Pięknych w Rzymie. Po opuszczeniu Włoch przez II Korpus i wyjeździe do Anglii, Demel kontynuował studia w School of Painting and Printmaking in England. Mianowany kierownikiem Pracowni Malarskiej i Aktu przy Konfraterni Artystów i Aktorów Teatru w Londynie, pracował jako pierwszy asystent znanego witrażysty J. E. Nuttgensa w High Wycombe. Od roku 1952 był nauczycielem w trzech szkołach średnich w Hastings, gdzie urządził swoją pracownię witrażu i zdefiniował wyniki nowatorskich eksperymentów związanych ze szkłem i efektami światła w kompozycjach mozaikowych nazwanych „witrażami refrakcyjnymi”.

Po dziesięcioletnim pobycie w Hastings, prof. Demel przeniósł się do Padwy, rodzinnego miasta żony.
Najbardziej sławnymi witrażami autorstwa Ryszarda Demela jest cykl pięciu witraży w Duomo - katedrze w Padwie.

Wzbogacił swoją artystyczno-literacką osobowość przyjaźnią z Sergiuszem Piaseckim, sławnym autorem „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Piasecki oddał Demelowi w testamencie prawa autorskie i swoje bogate archiwum. Artysta opracował biografie pisarza i wydał wszystkie jego powieści w Polsce.
Jako lektor języka angielskiego pracował w Państwowym Instytucie Hotelarskim w Abano Terme i na Uniwersytecie w Padwie oraz w Ca’Foscari w Wenecji jako lektor języka i literatury polskiej. Uzyskał doktorat na Polish University w Londynie oraz tytuły Bachelor of Arts, Fellow of the Institute of Linguists, Fellow of the Royal Society of Arts, instytutów angielskich.

Jako aktywny członek Polish Society of Arts and Sciences Abroad jest na liście wybitnych polskich uczonych na obczyźnie za zgłębienie tajemnic światła w sztuce witrażu oraz za osiągnięcia literackie i artystyczne. Za służbę kulturze Ryszard Demel został uhonorowany złotym GLORIA ARTIS.

redakcja

O tym, jak sama odkryła klucz do sukcesu, a dzisiaj pomaga znaleźć  go innym opowiada Maria Kowalczyk w rozmowie z Danutą Wojtaszczyk.

Kiedy przyjechałaś do Włoch?
Po raz pierwszy przyjechałam do Italii w 1995 roku, tj. zaraz po maturze. Po 5 latach pobytu wróciłam do Polski, aby kontynuować naukę. Ukończyłam Studium Turystyczno-Hotelarskie i ponownie przyjechałam do Włoch z zamiarem osiedlenia się tu stałe.

Kiedy wpadłaś na pomysł, żeby wziąć udział w warsztatach z  zakresu  rozwoju osobowości? Udział w tym szkoleniu sprawił, że otworzyły się przed Tobą zupełnie nowe możliwości zawodowe.  Podziel się Twoim doświadczeniem.
Na szkolenie trafiłam przez przypadek. Choć może nie do końca przez przypadek, a za sprawą  tak zwanego „Prawa Przyciągania”, które istnieje we wszechświecie. Po powrocie do Włoch  po studiach kończyłam jeden kurs za drugim w poszukiwaniu „mojej” pracy.

Przyjechała do Włoch, by nauczyć się języka. Ten kraj tak bardzo się jej spodobał, że postanowiła osiąść tu na stałe. W chwili obecnej mieszka nieopodal Magenty z narzeczonym i jego niepełnosprawnym synem, któremu poświęca większą część czasu, jednak w wolnych chwilach oddaje się swoim dwóm największym pasjom: robótkom ręcznym i zwierzętom.

Joanna z Vito w Mediolanie / foto: arch. prywatneKiedy przyjechałaś do Włoch i z jakiego powodu?
Przyjechałam tutaj 10 lat temu. Jak wiele innych, polskich, młodych dziewczyn, zajmowałam się wtedy dziećmi jako au pair. W chwili obecnej mieszkam w Marcallo con Casone, małym miasteczku w okolicach Magenty.

Au pair jest chyba najczęściej wybieraną formą wyjazdu wakacyjnego, pozwalającego na naukę języka obcego i zarobek.
Au pair nie jest pracą na etacie. Osoba, która się na nią decyduje, dostanie drobne kieszonkowe oraz zakwaterowanie i wyżywienie w zamian za opiekę nad dziećmi. I tu wiele zależy od rodziny na jaką się trafi. Są ci, którzy wykorzystują tego rodzaju pracowników do ciężkich prac domowych, są też na szczęście i tacy, którzy traktują dziewczyny jako dodatkowe dziecko, starszą siostrę swoich pociech. Opłacają im np. naukę języka lub inną szkołę, w zależności od wyboru „aupairki”. Praca na tych warunkach jest swego rodzaju loterią, podobnie zresztą jak zajęcie badante, które zajmują się starszymi osobami. Nigdy do końca nie wiesz na kogo trafisz.

Jak wspominasz to doświadczenie?
Trafiłam akurat na dobrych ludzi. Zajmowałam się wtedy dwójką chłopców w wieku 8 i 10 lat. Do moich obowiązków należało zorganizowanie im wolnego czasu, wspólne odrabianie lekcji, pomoc przy przygotowywaniu posiłków, sprzątanie ich pokoju oraz odprowadzanie i przyprowadzanie ich ze szkoły i treningów piłki nożnej. Nie byłam ani poniżana, ani wyzywana.
Dodam jeszcze, że każda au pair w razie problemów z rodziną, u której jest zakwaterowana, może zgłosić się do agencji, która zorganizowała jej wyjazd. Istnieje wtedy możliwość zmiany rodziny.

Minęło już kilka lat odkąd tu przyjechałaś, czym się tej chwili zajmujesz?
Jestem  tzw. „kurą domową” - zajmuję się domem, oprócz tego wiele czasu poświęcam niepełnosprawnemu synowi mojego narzeczonego, który mieszka razem z nami. Co prawda nie jest on już dzieckiem, bo skończy w przyszłym roku 30 lat, ale wymaga stałej opieki.

Powiedz mi proszę, czy życie osoby niepełnosprawnej we Włoszech jest trudne?
Nie mają oni łatwego życia, choć muszę przyznać, że jest im na pewno łatwiej niż w Polsce. We Włoszech nie płacimy za żadne badania, ani leki dla Matteo, gdyż jest on 100% inwalidą. Wózek inwalidzki, skonstruowany specjalnie dla jego potrzeb otrzymaliśmy za darmo. Korzystamy też często z dofinansowań, jakie oferuje państwo włoskie na zakup sprzętu rehabilitacyjnego. Oprócz tego nie płacimy za bilety wstępu na różnego rodzaju spektakle, zaczynając od kina po wszelkiego rodzaju parki rozrywki, a kończąc na meczach piłki nożnej jego ukochanej drużyny na stadionie San Siro w Mediolanie. Największym utrudnieniem są bariery architektoniczne i dość niska, jak na włoskie warunki, renta i zasiłek pielęgnacyjny. Bez nas, Matteo nie byłby w stanie sam się utrzymać.

Wiem, że oprócz opieki nad Matteo masz wiele pasji.
Tak, to prawda. Już w szkole podstawowej moim ulubionym przedmiotem były  zajęcia praktyczno-techniczne. Uwielbiam robótki ręczne, nie tylko druty, czy szydełko, tworzę również biżuterię z koralików, jak kolczyki, pierścionki, naszyjniki, bransoletki. Jestem samoukiem, pomysły czerpię z internetu, włoskich czasopism hobbystycznych, aczkolwiek nie lubię kopiować czyjejś pracy. Lubię wymyślać coś mojego, na własny sposób, przerabiać "po swojemu".

Jednak nie jest to twoja jedyna pasja…
(śmiech) Masz rację, uwielbiam zwierzęta. Mój dom był zawsze ich pełen. Były kanarki, rybki, papugi, psy i koty. W tej chwili mam dwa Maltańczyki, w zasadzie aż 6, bo kilka dni temu przyszły na świat szczeniaki moich pupilków oraz Owczarka Niemieckiego. Oprócz tego w naszym domu jest akwarium pełne rybek i drugie, dość nietypowe z rakami, ale to już zajęcie mojego narzeczonego - Vito.

Kilka miesięcy temu założyłaś blog Il mondo a quattro zampe (ilmondoaquattrozampe.blogspot.it), na którym nie piszesz jedynie o czworonogach.
Blog istnieje, z przerwą na przeprowadzkę,  od kilku miesięcy. Jak już wspomniałaś piszę na nim nie tylko o zwierzętach, ale przedstawiam tam również moje prace, które wykonuję w wolnym czasie, jak i różnych o czy bardziej ciekawych wydarzeniach z naszego życia.

Dziękuję ci bardzo za rozmowę.
Dziękuję.

rozmawiała Anna Malczewska