Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
23
So, wrzesień

25 maja członkowie Polsko–Włoskiego Koła Kulturalnego otrzymali zaproszenie ze studia nagrań Striscia la Notizia, nadawanego przez Canale 5.

Stanowiło to doskonałą okazję, aby wśród publiczności uczestniczyć w przygotowaniu trzech edycji tego popularnego programu telewizyjnego, a w przerwach między poszczególnymi odcinkami poznać satyryków Ficarra i Picone i odkryć, kto występuje  przebrany w kostium słynnego Gabibbo.

Nasza obecność w studio wzbudziła spore zainteresowanie zebranych; pytano o dotychczasowe osiągnięcia naszego stowarzyszenia, o cele organizacji  polsko-włoskiej, o Polaków  zamieszkałych w Lombardii. Chociaż Polska pozostaje we Włoszech wciąż mało znaną częścią Europy, to ku ogólnemu zaskoczeniu  jeden z pracowników pochwalił się znajomością... Łagiewnik i dziennika świętej Faustyny Kowalskiej.

Na pożegnanie podarowaliśmy autorom „Striscia la Notizia” ilustrowane przewodniki po Polsce, nie tylko na pamiątkę tego sympatycznego wieczoru , ale  przede wszystkim jako zaproszenie do zwiedzenia  naszego kraju.

Barbara Głuska–Trezzani

Więcej informacji na temat Polsko–Włoskiego Koła Kulturalnego w Lombardii na www.circoloitpol.eu

Anna Paschke mieszka we Włoszech od ponad 8 lat. Jest mamą dwóch chłopców na pełny etat, ale w wolnym czasie oddaje się swojej pasji, jaką jest haftowanie. Nie uważa, że jej hobby jest zajęciem dla osób starszych, wręcz przeciwnie, udało jej się nawet poznać jednego mężczyznę, który podobnie jak ona, uwielbia siedzieć z tamborkiem w ręku.

Anna Pasche / foto: archiwum prywatneKiedy przyjechała Pani do Włoch i jaki był powód zmiany miejsca zamieszkania?
Przyjechałam tutaj w maju 2004 roku, czyli osiem lat temu. Powód zmiany miejsca zamieszkania? Poznałam mojego męża... Muszę przyznać, że nie było mi łatwo przeprowadzić się po 26 latach mieszkania w Toruniu i całkowicie zmienić życie, ale powoli, powoli udało mi się. W tej chwili mieszkam w małej miejscowości , leżącej pomiędzy Mediolanem i Varese.

Czym zajmuje się Pani zawodowo?
Z wykształcenia jestem technikiem odzieżowym, czyli krawcową. To może dziwne, ale nie lubię szyć, wolę „robótki ręczne”. Aktualnie nie pracuję, jestem mama dwóch chłopców na pełnym etacie.

Jak narodziło się hobby haftowania krzyżykowego, przecież według większości młodych ludzi, to zajęcie dla babć?
Kiedy zaczęłam wyszywać? Tak naprawdę nie pamiętam dokładnie, ale wyszywałam już w szkole podstawowej. Potem troszkę w szkole średniej.
Po moim przyjeździe do Włoch, pewnego dnia poszłam do kiosku zobaczyć jakie znajdę gazety o hafcie. I tak sie zaczęło. Niedaleko domu miałam sklep z materiałami i nićmi.
Wiele osób twierdzi, że to zajęcie dla babć, ale od kiedy założyłam blog, poznałam wiele osób i zapewniam, że mnóstwo z nich to młode dziewczyny, co więcej, czasami to nawet jakiś wyszywający chłopak się trafi!

Przeglądając Pani blog natrafiłam na zdjęcia bardzo ładnych haftów, szczególnie przypadła mi do gustu torba z Wieżą Eiffel. Czy udaje się Pani sprzedawać wyroby, ozdabiane haftami?
Torba z Wieżą Eiffel to mój pierwszy projekt, który zrobiłam z myślą o sprzedaży. Teraz jestem na etapie szycia toreb i poszukiwania osób i sklepów, które mogłyby mi pomoc w ich sprzedaży.

Torbę wykonała Pani na konkurs „W 80 dni dookoła świata” ogłoszonego przez blogerkę ‘Zimna29’ i który właśnie dobiegł końca. Teraz przyszedł czas na głosowanie. W konkursie bierze udział pięć prac, w tym Pani praca.
Zapraszam wszystkich do oddawania głosów tutaj. Mam nadzieję, że moja torba spodoba się i wygra, ale nic się nie stanie jeżeli okaże się, że do konkursu zostały wystawione prace lepsze od mojej. To przecież zabawa!

Przeglądałam blog, gdzie można oddawać głosy i muszę przyznać, że w tej chwili najwięcej głosów otrzymała Pani torba.

Bardzo mi miło.

Powróćmy jednak do bloga, kiedy postanowiła Pani dzielić się z innymi swoim doświadczeniem w wyszywaniu?
Założyłam go dwa lata temu. Oglądając blogi innych pomyślałam, czemu nie? Jest to mój dziennik, gdzie zamieszczam wszystko to, co wyszywam, szyje. Dzięki niemu poznałam wiele osób z podobnymi zainteresowaniami. Zapraszam wszystkich na mojego bloga. Oprócz tego mam stronę internetową ze zdjęciami wszystkich moich prac.

Jak już Pani wcześniej wspominała, jest mamą dwójki chłopców. Kiedy znajduje Pani jeszcze czas na swoją pasję?
Muszę przyznać, że nie zawsze jest czas na moje hobby.  Ale teraz, kiedy już podrośli bawią się razem i dają mamie trochę czasu na wyszywanie. Czasami mój pięcioletni Luca zagląda mi przez ramię i mówi: „Co wyszywasz? Ale ładne!”. Haftuję też wieczorami, kiedy maluchy juz śpią. Poza tym myślę, że jak się dobrze zorganizuje dzień, to i chwilka na wyszywanie się znajdzie.

Co może Pani poradzić osobom, które chciałyby się zająć haftowaniem, ale nie mają o tym zielonego pojęcia?
Porady dla tych, którzy chcieliby wyszywać?  Przede wszystkim trzeba to lubić. Ja po prostu kocham wyszywać i mogłabym siedzieć z tamborkiem w ręku przez cały dzień. Uwielbiam szukać nowych wzorów, robić 'pasmanteryjne' zakupy i poznawać osoby, które tak jak ja, wyszywają.
Przygodę z haftem najlepiej zacząć od prostego, nieskomplikowanego wzoru. I próbować. Nie można się poddawać przy pierwszej porażce!

Dziękuje bardzo za rozmowę i życzę wygranej w konkursie.
Dziękuję

rozmawiała Anna Malczewska

{gallery}galleries/ania_pasche{/gallery}

Urodziła się w Szczecinie, studiowała w Poznaniu i zdecydowanie z Polską wiązała swoje plany zawodowe jako, że zawód psychologa nie jest łatwo wykonywać za granicą. Jednak jak to zwykle bywa plany planami, a życie podsuwa nam swój scenariusz, przed którym trudno się wzbraniać, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi miłość…

Antonina Pieprzyk jest psychologiem z powołania, dlatego uparła się, że będzie wykonywać swój zawód w Italii, mimo, że dla absolwentki polskiej uczelni droga do uzyskania licencji na prowadzenie własnej praktyki psychologicznej bynajmniej nie była łatwa. Dzisiaj ma dwa prywatne gabinety: w Turynie i w Pinerolo oraz współpracuje z jednym z turyńskich stowarzyszeń adopcyjnych.

W rozmowie z „Naszym Światem” mówi o polskich mamach we Włoszech, że są świetnie zorganizowane - czego sama jest zresztą chodzącym przykładem jako, że wychowuje 1,5 rocznego synka i pracuje.

O tym jak wyglądała jej droga do wykonywania wymarzonego zawodu na ziemi włoskiej, o łączeniu pracy z macierzyństwem, a także o problemach, z którymi przychodzą do jej gabinetu polscy pacjenci rozmawia Danuta Wojtaszczyk.


Studiowała Pani psychologię w Polsce czy we Włoszech?


Urodziłam się w Szczecinie, a studia psychologiczne, ze specjalnością  psychologia kliniczna, ukończyłam na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Swoją przyszłość raczej zawsze wiązałam z Polską, również ze względu na to, że zawód jaki sobie wybrałam nie jest łatwo wykonywać za granicą. Kiedy jednak poznałam mojego obecnego męża, postanowiłam, początkowo na próbę, zamieszkać w jego ojczyźnie. Pomimo wielu trudności, z jakimi zmaga się każdy imigrant, zostałam we Włoszech i właśnie tu założyłam rodzinę. Obecnie mieszkam w Pinerolo, niedaleko Turynu, współpracuję z jednym z turyńskich stowarzyszeń adopcyjnych i prowadzę prywatną praktykę psychologiczną. Oprócz tego wychowuję półtorarocznego synka.

Wykonuje charakteryzacje do efektów specjalnych oraz makijaże na potrzeby pokazów mody i produkcji telewizyjnych.  W ciągu zaledwie kilku lat osiągnęła znaczące sukcesy na arenie międzynarodowej jako profesjonalna makijażystka. Od niedawna mieszka we Włoszech. Marzy, aby móc się tu osiedlić się na stałe. Z Anią Gastol o jej życiu i pracy rozmawia Danuta Wojtaszczyk.

Posiada Pani dyplom londyńskiej uczelni Delamar Academy of Make-up oraz London College of Fashion. Ukończyła Pani również  prestiżowy kurs MAC Cosmetics w Chicago. Od jak dawna mieszka Pani za granicą? Przygoda z wizażem zaczęła się jeszcze w Polsce czy na emigracji?
Wyjechałam z Polski w 2000 roku z zamiarem spędzenia trzech miesięcy w Miami. Moje losy jednak potoczyły się inaczej. Zasiedziałam się w Stanach. Przez ponad 5 lat mieszkałam w Chicago. Następnie przeniosłam się do Londynu, gdzie po sześciu  latach zdecydowałam się na kolejną przeprowadzkę – do Włoch - kraju w którym zawsze chciałam mieszkać.

Czytaj także: Ania Gastol zaprasza na lekcje profesjonalnego makijażu

Od dzieciństwa rysowałam i malowałam, jednakże zdawałam sobie sprawę, że niestety nie będę w stanie utrzymać się ze sztuki  i odstawiłam swoje farby i sztalugi na bok... Po latach powróciłam do malowania , ale już nie płócien, tylko twarzy :).
Od wczesnych lat interesowałam się makijażem i modą. Oglądałam dostępne w polskiej telewizji programy związane z tym tematem i przeglądałam magazyny mody, kopiując makijaże modelek i próbując je na sobie. Krótki kurs z MAC w Chicago zrobiłam głównie po to, bym sama wiedziała jak się malować.  Czasem również robiłam makijaże koleżankom na rożne wielkie wyjścia i na śluby.

Kiedy zdecydowała się Pani zająć makijażem zawodowo?
Decyzję,   by rozwinąć swoje umiejętności w wizażu i zamienić pasję w zawód  podjęłam dopiero po  przybyciu do Londynu. Po ukończeniu kursów zaczęłam pracować głównie w przemyśle filmowym i fotograficznym.  Później zaczęłam również malować modelki  dla pokazów mody. Od ponad 2 lat organizuje również prywatne kursy makijażu dla kobiet, chcących opanować sekrety profesjonalnego make up’u i nauczyć się jak podkreślić  walory swojej  urody i zatuszować niedoskonałości.

Od niedawna prowadzi tez Pani kursy wizażu we Włoszech, w okolicach  Werony. Myśli Pani o tym, żeby osiedlić się w Italii na dłużej?
Od kilku lat moja praca ma charakter międzynarodowy. Działam zarówno w Anglii, Polsce jak i we Włoszech. Jak wspomniałam wcześniej Włochy są krajem, w którym zawsze chciałam zamieszkać. Czuję, że tutaj mogłabym osiąść na stałe, ale zobaczymy jak to będzie. Od dwóch miesięcy mieszkam w Weronie, ale planuje przeprowadzkę do Mediolanu lub Rzymu – zadecyduje o tym fakt, gdzie będę otrzymywała więcej zleceń pracy. Na razie organizuje lekcję makijażu w Weronie i okolicach. Aczkolwiek nadal akceptuję zlecenia z Polski i Wielkiej Brytanii. Przez najbliższy miesiąc będę pracowała w Krakowie i Londynie.

Wykonuje Pani makijaże na potrzeby pokazów mody, telewizji i filmu,  charakteryzacje do efektów specjalnych. Pamięta Pani swoje pierwsze „duże” zlecenie?
Moje pierwsze znaczące dla mnie zlecenie, to film fabularny w Neapolu w 2006 roku, produkowany przez sławnego śpiewaka Nino d’Angelo, reżyserowany przez jego syna Toniego, pod tytułem  „ Una notte”. Pracowałam na planie jako asystentka głównego wizażysty. Wszystkie sceny były kręcone nocą, jako że opowiadana historia dzieje się po zmierzchu.  Było to dla mnie bardzo interesujące doświadczenie.  Włoscy  filmowcy  pracowali inaczej w stosunku do ich kolegów po fachu, z którymi współpracowałam w Anglii, miałam zatem możliwość podpatrzenia nowych dla mnie technik pracy. . Mile wspominam te 5 tygodni spędzone na planie filmowym, gdzie poznałam kilku fantastycznych filmowców, z którymi do dzisiaj utrzymuje kontakt.

Chyba jest tak, że w każdym kraju panuje moda na jakiś typ makijażu? Jak malują się dziewczyny na Wyspach?
Typ makijażu w Anglii jest bardzo zróżnicowany, głównie ze względu na różnorodność kultur i kobiet przybywających tam z przeróżnych krajów.  Londyn to ogromne miasto i w wielu jego częściach panują odmienne trendy. Na przykład w słynnym Camden Town spotkamy się z ostrymi punkowymi, gotyckimi makijażami, a we wschodniej części stolicy, w okolicach Shoreditch,  króluje ostra czerwona szminka.

Co jest bardzo zauważalne na londyńskich ulicach i równocześnie zabawne, to ostre, przesadzone makijaże nastolatek, które poprawiają i dokładają kolejne warstwy tuszu na rzęsy w autobusie lub w metrze.

Sporo ostatnio pisze się w kobiecych pismach o furorze,  jakie robią w Londynie salony perfekcyjnego wyznaczania linii brwi, których rysunek ma ponoć kardynalne znaczenie dla naszego wyglądu.  W Polsce z kolei zrobił się szał na przedłużenie rzęs, a  Włoszki nie żałują oszczędności na zabiegi powiększające usta. Co Pani myśli o tych modach?
Każda twarz ma swoje walory i niedoskonałości, każda twarz jest inna. Podążanie za trendami w makijażu nie zawsze wychodzi na dobre.  Zanim zdecydujemy się na zmiany w naszym wyglądzie, najlepiej poradzić się profesjonalnej wizażystki.
Zgadzam się z tym, że zadbane, podkreślone brwi mają ogromne znaczenie – są one jakby rama dla naszej twarzy. Nie należy oczywiście przesądzać z rysowaniem ich ciemna kredka! Należy zawsze używać barwy jak najbardziej zbliżonej do naturalnego koloru  brwi - czy to kredki czy cienia – pamiętając, aby delikatnie uzupełnić szczelinki pomiędzy włoskami. 
Co do powiększania ust – zabiegi te nie tylko są bardzo kosztowne, ale również nie zawsze efekt końcowy jest taki,  jakiego oczekiwałyśmy. Myślę, że ze lepiej nauczyć się optycznego powiększenia ust za pomocą kredki i szminki.  Jeśli coś się nie uda, możemy łatwo usunąć nieudany efekt mleczkiem do demakijażu :).

Jakie są mocne Pani zdaniem  strony Polek w dbaniu o urodę i robieniu makijażu?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie lubię  generalizować. Mogę jednak powiedzieć, iż zauważyłam, że Polki   dbają o skórę twarzy bardziej niż kobiety z innych krajów. Chętnie chodzą do kosmetyczki, lubią też  eksperymentować  z maseczkami i peelingami.

Co poradziłaby Pani dziewczyna, które marzą o pracy w charakterze wizażystki? Czy wybór szkoły jest decydujący czy raczej dalsza praktyka?
Owszem wybór szkoły ma znaczenie, zwłaszcza dla początkujących, aczkolwiek dużo zależy od tego jaki nauczyciel nam się trafi. Renoma szkoły może być fantastyczna, ale niestety nie jest powiedziane, że  każdy nauczyciel posiada zdolności przekazywania wiedzy. Prawdą jest, że szkoła daje niezbędne podstawy, ale potrzeba dużo praktyki, by rozwinąć swoje umiejętności i wykreować swój sposób i technikę robienia makijażu. Jak prawie w każdej profesji, głównie „praktyka czyni mistrza”.

Życzę Pani sukcesów w życiu zawodowym i osobistym i przede wszystkim, żeby spełniło się Pani marzenie osiedlenia się we Włoszech.

Za kilkanaście dni rozpoczną się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej Euro 2012. 1 maja trener Franciszek Smuda ogłosił oficjalny skład reprezentacji Polski. Wśród wybrańców znalazł się, grający od lipca 2011 roku we włoskim klubie AC Torino, Kamil Glik. Przed przyjazdem do Turynu, piłkarz, po 17 latach znajomości poślubił Martę, z którą znają się od szkoły podstawowej. Z Martą Glik, o frenetycznym życiu u boku sportowca, rozmawia Anna Malczewska.

Kamil i Marta Glik oraz Kejsi / foto: archiwym prywatnePoznaliście się z Kamilem jeszcze w czasach szkolnych. Czy od początku darzyliście się sympatią?
Z Kamilem znamy się już 17 lat . W Jastrzębiu Zdrój mieszkaliśmy na tej samej ulicy. Od szkoły podstawowej do liceum chodziliśmy razem do tej samej klasy. Czy od początku darzyliśmy się sympatią? (śmiech). Pewnie nie uwierzysz, ale w podstawówce byliśmy największymi wrogami w klasie. Dopiero w gimnazjum wszystko się zmieniło. Wtedy zbliżyliśmy się do siebie i do dzisiaj jesteśmy razem, a w czerwcu 2011 roku zdecydowaliśmy się wreszcie pobrać.

Czy zdawałaś sobie wtedy sprawę, że Twoje życie będzie uzależnione od pracy Kamila?
Absolutnie nie . Mając 16 lat nawet nie myśleliśmy, że jego kariera potoczy się w tak szybkim tempie. Dopiero, gdy w 2006 roku wyjechał grać do Hiszpanii zdałam sobie z tego sprawę. Skończyłam liceum, zdałam maturę i poleciałam do Madrytu i tak zostało do dnia dzisiejszego.

1 maja został ogłoszony przez Franciszka Smudę oficjalny skład reprezentacji Polski na Euro 2012. Jak odebrałaś powołanie Kamila do reprezentacji i jak on ją odebrał? Co ona oznacza dla Kamila i dla Ciebie?
Byłam bardzo dumna z niego i zarazem szczęśliwa, ponieważ to było największe marzenie Kamila. W dniu ogłoszenia kadry byli u nas w Turynie moi rodzice i znajomi, w związku z tym radość była ogromna. Dla mnie, powołanie męża do reprezentacji Polski na Euro 2012 oznacza kolejne samotne wakacje ( śmiech), a dla Kamila ciężką pracę, w której staram się go wspierać.

Czy łatwo jest być zona piłkarza, który co kilka lat zmienia klub i miejsce zamieszkania?
Jesteśmy młodzi i nie mamy jeszcze dzieci, więc nie napotykamy na większe problemy związane z przeprowadzkami. Szczerze mówiąc, nawet mi się to podoba, ponieważ zmieniając często miejsce zamieszkania udaje nam się poznawać nowe miejsca i ciekawych ludzi.

Czy chodzisz na mecze AC Torino?
Oczywiście. Jestem na każdym meczu, jeśli grają u siebie. Uwielbiam chodzić na mecze i kibicować chłopakom. Mecze wyjazdowe natomiast oglądam w internecie lub w telewizji.

Czy będziesz śledzić Euro 2012 i mecze naszej reprezentacji na żywo?
Jeśli będzie taka możliwość to na pewno będę na każdym meczu.

Kim jest Kamil Glik prywatnie?
Kamil jest raczej typem domatora i ciężko go gdziekolwiek wyciągnąć. Kiedy ma trochę wolnego, lubi oglądać telewizję, przede wszystkim mecze oraz grać na PlayStation3 z kolegami.

Czy pomaga Ci w obowiązkach domowych?
Nie, nie ma szans żeby mi w czymkolwiek pomógł (śmiech). Jego oczkiem w głowie jest nasz mały piesek Kejsi, świata po za nim nie widzi.

Czy jeszcze długo będziecie mieszkać w Turynie?
W tej chwili jeszcze tego nie wiemy, ponieważ wszystko zależy od tego, czy AC Torino uda się wejść do Serie A. Jeżeli tak się stanie, to prawdopodobnie zostaniemy tu jeszcze przez przynajmniej kolejny rok.

Jak spędzasz dni w Turynie, oprócz śledzenia kariery męża?
Zawsze marzyłam o studiach, ale na dzień dzisiejszy jest to niemożliwe, staram sie jednak nie nudzić w domu. Od stycznia chodzę do szkoły i uczę się języka włoskiego. W wolnych chwilach chodzę na siłownię, ponieważ sport to także część mojego życia. Mam znajomych w Palermo oraz Bari, z którymi staram się spotykać jak najczęściej. Poza tym wracam dość często do Polski.

Życzę Kamilowi wielu sukcesów podczas tegorocznych Mistrzostw, a Tobie wytrwałości.

Katarzyna Litwicka jest lekarzem ginekologiem, uznanym specjalistą w leczeniu niepłodności. Pracuje w jednej z rzymskich klinik, a ponadto od wielu lat prowadzi w Wiecznym Mieście swój gabinet lekarski, do którego przychodzą chętnie zarówno Polki jak i Włoszki. Na łamach naszego dwutygodnika odpowiada na pytania czytelniczek i omawia tematy z zakresu zdrowia ginekologicznego.

Jest wspaniałym lekarzem, wyjątkową kobietą  i niezwykle życzliwym człowiekiem. Najlepszym ginekologiem, jakiego znam. Wbrew temu, co wmawiali mi inni lekarze, moje problemy zdrowotne wcale nie były duże i nie musiałam spędzić 9 miesięcy ciąży w łóżku ani poddawać się cesarskiemu cięciu. Dzięki Kasi Litwickiej wspominam swoją ciąże i poród jako jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu.
Zapraszam do lektury wywiadu z Katarzyną Litwicką, z którego dowiecie się więcej o jej pracy i życiu.

Jak to się stało, że znalazłaś się we Włoszech?
Byłam na czwartym roku studiów medycznych i jak co roku planowałam wakacje u mojej matki chrzestnej, która od lat mieszkała w Londynie. Ciocia jednak zaproponowała mi, abym skorzystała z możliwości gościny u jej przyjaciółki, mieszkającej w Rzymie,  i zwiedziła trochę Włochy.  Przyjechałam do Wiecznego Miasta  i od razu się w nim zakochałam.  Byłam pod wrażeniem zabytków, ludzi, bogatej kultury Włoch i urzeczona niewiarygodnym błękitem włoskiego nieba. Przyznam, że zamarzyłam, aby te moje włoskie wakacje trwały bardzo długo. I tak się stało .  Miła koleżanka mojej matki chrzestnej, która mnie gościła,  zaproponowała, abym wzięła urlop dziekański i zaopiekowała się przez kilka miesięcy  jej kilkuletnim synkiem. Nie muszę chyba mówić, że nie musiała mnie długo namawiać…

Poznali się w 2007 roku w pracy, w jednym z luksusowych hoteli w Cortina d’Ampezzo. Grzegorz zatrudniony był tam jako tragarz, a Katia jako pokojówka. Młody Polak, z wykształcenia kucharz, rozkochał w sobie Włoszkę przede wszystkim dzięki polskiej kuchni. W chwili obecnej Katia prowadzi stronę internetową www.cucinapolacca.com, dzięki której chce przybliżyć nie tylko naszą rodzimą kuchnię lecz Polskę, która nadal jest mało znana wśród Włochów. Grzegorz jest współwłaścicielem i Chef-em we włoskiej restauracji Nova Busa del Tor w Trichiana nieopodal Belluno.

Z Katią De Bon oraz Grzegorzem Goszkiewiczem rozmawia Anna Malczewska

Katia i GrzegorzGrzegorz zdobył Twoje serce przede wszystkim dzięki polskiej kuchni.
Katia: Przygotował mi na pierwszą randkę barszcz czerwony oraz gołąbki. Jednak nie był to pierwszy raz, kiedy miałam okazję spróbować polskiej kuchni. Pierwszą potrawą polską był bigos, który ugotował przyjaciel mojego męża. Oczywiście to nie tylko kuchnia polska sprawiła, że zakochałam się w Grzegorzu, ale także jego sposób bycia, tak różny od Włochów, których do tej pory znałam. Grześ jest osobą bardzo bezpośrednią, dla której bardzo ważne są tradycje, jak małżeństwo, rodzina. Oprócz tego jest bardzo praktyczny i daje sobie radę w każdej sytuacji. Właśnie te cechy, które uważam za bardzo zakorzenione w kulturze polskiej sprawiły, że wyróżniał się wśród innych.

Czy była to miłość od pierwszego wejrzenia? Co najbardziej urzekło cię w Katii?
Grzegorz: Miłość od pierwszego wejrzenia? Raczej tak! Nie mogło to być nic innego, ponieważ zupełnie oszalałem na jej punkcie. Pomijając fakt, iż jest bardzo atrakcyjną kobietą, miała (i ma) w sobie „to coś”, czemu nie mogłem się oprzeć i co nadawało nadzwyczajny sens każdemu dniu.

Według włoskich statystyk, wśród małżeństw mieszanych, bardzo rzadko Włoszki zakochują się w mężczyznach pochodzących z Europy Wschodniej. Czy Twoi rodzice Katiu i przyjaciele zaakceptowali Grzegorza od razu?
Na szczęście nie napotkaliśmy na problemy ze strony moich rodziców, ponieważ mój ojciec, będąc Włochem, urodził się i wychował w jednej z byłych kolonii angielskich. Z moimi przyjaciółmi wyglądało to trochę inaczej. Na początku mieli trochę wątpliwości co do mojego wyboru, ale z czasem to się zmieniło. Muszę przyznać, że i pod tym względem kuchnia polska była bardzo pozytywnym bodźcem.

Czytaj także: Knedle z grzankami i speckiem według Grzegorza

Jak zostałeś odebrany przez rodzinę i przyjaciół Katii?
Bardzo dobrze. Katia pochodzi z rodziny bez uprzedzeń, więc nie miałem większych problemów. Nie ukrywam jednak, że na samym początku naszej znajomości byłem lekko zaniepokojony faktem iż mogliby „patrzeć na mnie z góry”.

Dzięki temu, że poznałaś Grzegorza, zakochałaś się również w Polsce. Czy jest to możliwe, by mieszkanka Włoch, która z historią spotyka się każdego dnia, mogła zakochać się w kraju Jana Pawła II?

Oczywiście. Pomimo tego, że pochodzę z kraju, w którym nie brakuje cudów architektonicznych i artystycznych, oczarowały mnie polskie krajobrazy oraz architektura, według mnie fantastyczna: nie można zostać obojętnym wobec pięknych miast, jak np. Toruń. Jeżeli chodzi o malarstwo polskie, będąc absolwentką wydziału Ochrony Dziedzictwa Kulturowego zaskoczyło mnie, że nie znałam artystów, takich jak Jan Matejko. Jego dzieła widziane na żywo są niesamowite.

Nominowałaś się Ambasadorką kuchni polskiej we Włoszech i nawet stworzyłaś już stronę internetową www.cucinapolacca.com. Uważasz, że uda Ci się przybliżyć kuchnię polską Włochom?
Taki jest mój zamiar. Mam nadzieję, że nie tylko przybliżę Włochom polską kuchnię, ale także, że uda mi się powoli odkryć przed nimi kulturę tego kraju. Żałuję, że w chwili obecnej biura podróży w swoich ofertach posiadają jedynie wycieczki do Krakowa i okolic lub ewentualnie do Warszawy. Polska jest czymś więcej. Istnieją miejsca może mniej turystycznie, ale równie atrakcyjne, zarówno pod względem historyczno-artystycznym jak i krajobrazowym. Mam nadzieję, że właśnie dzięki kuchni polskiej, uda mi się namówić Włochów do szerszego poznania Polski.

Grzesiu, czy według Ciebie uda się jej przekonać Włochów do naszej kuchni?
Myślę ze tak. Musi jednak włożyć w to mnóstwo pracy, ponieważ promowanie naszej kuchni poza granicami kraju to ciężki orzech do zgryzienia. Wierze, że jeżeli otrzyma niezbędne wsparcie, uda jej się otworzyć zaryglowane wrota do skarbca, którym jest kuchnia polska. 

Jesteś kucharzem i pracujesz w tym zawodzie w Italii. Czy przygotowujesz potrawy tylko włoskie, czy czasami próbujesz przemycić do menu jakieś polskie?
W większości gotowałem i gotuję według ścisłych receptur włoskich, jednak coraz częściej zdarza mi się wprowadzać do menu potrawy polskie.

Jak odbierają naszą kuchnię Włosi? Czy przyrządzasz nieraz polskie potrawy dla teściów, czy waszych przyjaciół Włochów?
Grzegorz: Dla rodziny i znajomych zazwyczaj gotuję po polsku, jednak nie zawsze jest to możliwe z powodu niedostępności składników. Polska kuchnia smakuje Włochom nawet bardzo, jedyną przeszkodą według mnie są stereotypy.

Nie myśleliście nigdy o otwarciu restauracji polskiej lub polsko-włoskiej?
Katia: W rzeczywistości ta idea pojawiła się już jakiś czas temu, ale może jest jeszcze przedwczesna, zważywszy że żyjemy w małej miejscowości, jaką jest Belluno.  Chociaż byłoby fajnie otworzyć tutaj małą, polską gastronomię...

Które z potraw polskich mogliby zaakceptować Włosi?
Grzegorz: Myślę, że jest ich mnóstwo. Na przykład łazanki, które jakby nie patrzeć w XVI wieku przybyły do Polski prosto z Włoch. Także gołąbki mogłyby znaleźć swoje miejsce we włoskich kartach lub choćby kresowy kulebiak.

W zeszłym roku urodziła się wasza córeczka. Powiedziałaś mi Katiu, że lubi słuchać piosenek Kulfona i z Akademii Pana Kleksa. Ona z pewnością będzie mówić w dwóch językach, a jak jest z Twoim polskim?
Mówię mało po polsku, niestety z powodu pracy jaką wykonuje mój mąż nie jest łatwo znaleźć czas na naukę, przede wszystkim jeżeli chodzi o wymowę, która dla Włochów często jest bardzo trudna. Na szczęście dzięki Internetowi i telewizji dużo rozumiem po polsku.

A ty Grzesiu, co powiesz na temat języka polskiego żony?
Powoli pracujemy nad tym, choć przyznam, że nie należę do grona najlepszych pedagogów i w większości jest zmuszona uczyć się z telewizji, Internetu, itp.

Katia, co byś powiedziała, gdyby pewnego dnia Grzegorz powiedział Ci: „Będziemy żyć w Polsce”? Czy chciałabyś się tam przeprowadzić?
Myślę, że tak. Nie po raz pierwszy przychodzi nam do głowy ta myśl… W tej chwili jednak jesteśmy związani z Włochami z powodu pracy, ale nie jest powiedziane, że w przyszłości moglibyśmy się przeprowadzić.

Myślisz, że Katia zdecydowałaby się na przeprowadzkę do Polski?
Jakiś czas temu zanim urodziła się Maria Vittoria sama mi to zaproponowała, tak więc myślę, że nie sprawiłoby to większych problemów. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że byłoby jej ciężko rozstać się z bliskimi i przystosować do życia w Polsce. Jednym słowem, bierzemy tą opcje poważnie pod uwagę.

Dziękuję Wam za rozmowę i życzę spełnienia wszystkich marzeń. Mam nadzieję, że będąc kiedyś w Belluno uda mi się znaleźć Waszą polską restaurację.

Dziękujemy.