Czas wolny - Nasz Swiat
11
Cz, sierpień

100-tysięczne japońskie miasto sprzedaje prawo do swojej nazwy.

Kilka miesięcy temu dyskutowano w Polsce o sprzedaży prawa do nazwy stadionów piłkarskich. Czy wkrótce można też będzie kupić nazwę miasta albo nawet państwa?

Japońskie miasto nazywa się Izumisano, ale wkrótce jego nazwa będzie inna. Jaka? To zależy czy znajdzie się kupiec, który wyłoży górę pieniędzy. Małe i średnie firmy z oczywistych względów odpadają, ale możliwe, że znajdzie się bogata firma, niekoniecznie japońska, która zechce dać nazwę stutysięcznemu miastu, położonemu w Japonii, w prefekturze Osaka.

Skąd dosyć absurdalny pomysł, aby sprzedać nazwę całkiem sporego miasta? Jak podaje Onet, miasto ma miliard dolarów długu i władze chciałby zmniejszyć tę kwotę, a przy okazji przyciągnąć dużego inwestora. Dodatkowo oferuje kupcowi-inwestorowi zwolnienia podatkowe. W zamian inwestor będzie mógł do obecnej nazwy miasta dodać drugi człon, na przykład: Izumisano-Coca Cola.

 

W wyborach do senatu stanu Wirginia (USA) trzecie miejsce zajął... kot imieniem Hank.

Nieoczekiwanie zakończyły się wybory do senatu w amerykańskim stanie Wirginia. Trzecie miejsce zajął... kot Hank, mieszkający w Springfield. Zaskoczenie jest tym większe, że ów kot nie był umieszczony na kartach do głosowania. Do kart wyborczych dopisało go własnoręcznie prawie 7 tysięcy wyborców. To wystarczyło, aby uzyskał trzeci wynik, zostawiając w tyle kilku dwunożnych kandydatów.

Skąd tak duża popularność kota wśród wyborców stanu Wirginia? Zadbali o to jego właściciele. Kot miał swój wyborczy blog, konto na Facebooku, Twitterze i Youtube, a także profesjonalnie nagrany spot wyborczy. Historia kota przygarniętego ze schroniska dla zwierząt, którego wyborczym hasłem było: "Lepsza Ameryka, jaśniejsza przyszłość", jak widać, chwyciła za serca wyborców.

Niestety, kot Hank nie zasiądzie w senacie stanu Wirginia. Według ordynacji wyborczej, musiałby mieć co najmniej 30 lat, a tak długo koty nie żyją. Jak by tego było mało, ordynacja zabrania zwierzętom zasiadania w senacie. Właściciele kota wierzą jednak w polityczną przyszłość swego pupila. Skoro pies został burmistrzem jednego z miast w stanie Kentucky...

embed video plugin powered by Union Development

Kibice klubu piłkarskiego po śmierci spoczną na specjalnym cmentarzu, obok stadionu ulubionej drużyny.
Schalke Arena / foto:Wikipedia
To już pewne: w przyszłym miesiącu, zaledwie 1200 metrów od stadionu, na którym gra piłkarska drużyna Schalke 04 Gelsenkirchen, zostanie otwarty cmentarz. Będą tu mogli być pochowani wyłącznie kibice drużyny Schalke. Na cmentarzu o powierzchni 4 tys. metrów kwadratowych wydzielono 1904 miejsca na pochówek. Dlaczego akurat tyle? Bo właśnie w tym roku założono klub Schalke. W centralnej części cmentarza (na której nie będzie żadnego grobu) znajdzie się mini-boisko piłkarskie z bramkami.

Wiele wskazuje na to, że cmentarz jest tym, o czym marzyło wielu kibiców drużyny Schalke. Już kilkuset osób z różnych stron Niemiec pytało o możliwość wykupienia na nim miejsca.

Pomysłodawcą cmentarza jest jeden z kibiców klubu, 39-letni Ender Ulupinar, który w młodości amatorsko grał w Schalke jako bramkarz. Pomysł narodził się w 2007 roku, gdy na cmentarzu w Dortmundzie jeden z kibiców zażyczył sobie umieszczenia na swoim grobie napisu: "Na zawsze z BVB" oraz logo klubu Borussia, zamiast... krzyża. Kościół odmówił umieszczania takiej informacji na grobie.

Ambasador Partii Dobrego Humoru w Rzymie Robert Małecki, wraz z żoną Renatą i córką Victorią, przebył ćwierć tysiąca kilometrów, aby 22 listopada 2012 r. postawić w stolicy Włoch "najmniejszy wieżowiec w Rzymie". Śmiechu było dużo - najpierw pod słynnym Colosseum, gdzie Robert spotkał potomków rzymskich legionistów, a potem w Watykanie, na nie mniej słynnym placu świętego Piotra.

Rzym, to drugie po Nowym Jorku miasto poza Polską, gdzie Partia Dobrego Humoru postawiła swój "wieżowiec".

Przypomnijmy, że oprócz wieżowca w Rzymie, stanęły już wieżowce: w Nowym Jorku (USA) oraz w Częstochowie i Niemodlinie. O tym, jak było w Nowym Jorku napisała niedawno Gazeta Polonijna (Wielka Brytania), a wkrótce o naszych "wieżowcach" napisze też jedno z czasopism z Turcji.

Jeśli chcesz zostać ojcem chrzestnym lub matką chrzestną kolejnego wieżowca, szef partii udziela informacji internetem (e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.). To proste, bo w internecie jest dostępny projekt wieżowca, który po sklejeniu należy wziąć ze sobą na spacer i zrobić mu kilka zdjęć. I jest przy tym wiele śmiechu!

13 stycznia 2013 r. w Bolonii odbędzie się włoski finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jednym z przedmiotów, które można będzie kupić na aukcji, będzie... najmniejszy wieżowiec Rzymu.(www.sadurski.com)

Jeśli chcesz skorzystać z wizerunku Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie - musisz zapłacić.

Stojący w sercu stolicy Polski Pałac Kultury i Sztuki, to jeden z symboli Warszawy. To także pozostałość po epoce socjalizmu, który nie tak dawno wielu chciało go całkowicie wyburzyć.

Budynek jest zastrzeżony w urzędzie patentowym jako znak towarowy. A to oznacza, że jeśli ktoś chciałby wykorzystać wizerunek budynku w celach komercyjnych, musi za to zapłacić. Niedawno przekonało się o tym wydawnictwo Zysk i S-ka, które na okładkach dwóch książek umieściło zdjęcie PKiN.

Firma powołana przez władze Warszawy od 2010 roku, zarabia nie tylko na wizerunku Pałacu Kultury i Sztuki. Podobnie jest z wizerunkiem mostu Świętokrzyskiego, który też jest zastrzeżony. Ile życzy sobie tantiem za komercyjne wykorzystanie? To tajemnica handlowa, podobnie jak tajemnicą są sposoby tropienia przedsiębiorców wykorzystujących zastrzeżone wizerunki pałacu i mostu. Wiadomo jednak, że rocznie zarabia na tym kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Tantiemy to nie wszystko. Spółka dba także o wizerunek swoich "podopiecznych". Zatem najprawdopodobniej, niezależnie od kwoty, Pałacu Kultury i Sztuki nie zobaczymy w reklamach branży bieliźniarskiej ani erotycznej.

 

 

Masz takie samo imię i nazwisko jak ktoś, kto ma długi? Płać za niego, zgodnie z obowiązującym prawem.

foto:PhotoXpress.comIlu jest w Polsce Janów Kowalskich? Powiedzmy, że kilkudziesięciu. Wystarczy, że jeden z nich narobi długów i wszyscy pozostali muszą się bać komornika. Jeśli masz pecha i istnieje ktoś o takim samym imieniu i nazwisku jak ty, kto ma długi, w każdej chwili możesz mieć poważne problemy i stargane nerwy, może nawet do końca życia. Niemożliwe?

Nie tak dawno komornik zabrał emerytce z Sochaczewa 26 tysięcy złotych z jej konta bankowego. Narobiła długów? Ależ skąd. Po prostu nazywała się identycznie niż kobieta, której długi orzeczone prawomocnym wyrokiem sądu ścigał komornik. Teraz musi walczyć o swoje i jest w tragicznej sytuacji, co zaraz wyjaśnimy.

Fakt pierwszy: sąd w swoim orzeczeniu nie ma obowiązku podawania takich danych, jak PESEL, data urodzenia i adres zamieszkania dłużnika.

Fakt drugi: komornik nie jest od weryfikacji danych. Jego zadaniem jest odzyskanie pieniędzy. Jeśli zabierze pieniądze nie tej osobie co trzeba czyli zajdzie pomyłka, problem ma TYLKO osoba, od której niesłusznie zabrano pieniądze.

Co zatem ma zrobić osoba, której komornik zabrał pieniądze tylko dlatego, że nazywa się identycznie jak osoba, która narobiła długów?

Komornik, zgodnie z prawem, w ciągu czterech dni, oddał pieniądze firmie (osobie) na rzecz której działał. Także zgodnie z prawem, nie można domagać się od niego zwrotu pieniędzy. Trzeba samemu ustalić dane osoby (firmy) u której te pieniądze obecnie są i jeśli się to uda, podać ją do sądu o zwrot pieniędzy. A potem, jeśli po wielu miesiącach lub latach, gdy wydasz pieniądze na prawników i zszargasz swoje nerwy do granic wytrzymałości, musisz mieć nadzieję, że sąd przyzna ci rację. Co, jak znamy życie, nie musi oznaczać, że dostaniesz swoje pieniądze z powrotem.

Dlatego każdemu z nas po przeczytaniu tego tekstu pozostaje modlitwa. Jeśli istnieje gdzieś na świecie osoba która ma identyczne imię i nazwisko, żeby nie narobiła długów, za które będziemy musieli zapłacić.

Taniec na niewidzialnym koniu podbija serca Brytyjczyków. Piosenka "Gangnam Style" znalazła się na 1. miejscu oficjalnej listy przebojów radio BBC.

Autorem piosenki jest koreański wokalista PSY. Teledysk do "Gangnam Style" został wyświetlony prawie 350 milionów razy, dzięki czemu dotarł on do pierwszej trzydziestki najpopularniejszych filmików wszech czasów na YouTube.

„Gangnam Style” to w języku koreańskim kolokwializm oznaczający życie w luksusie. Odnosi się do dzielnicy Gangnam w Seulu, która jest symbolem mody i luksusu i mniej więcej tym, czym dla USA jest Beverly Hills.

Piosenka i teledysk nawiązują do tej tematyki, choć tematem przewodnim tekstu jest jednak głównie „idealna dziewczyna”.

"Gangnam Style" pochodzi z wydanej w lipcu szóstej płyty "PSY's Best 6th Part 1". Po sukcesie piosenki Koreańczyk podpisał kontrakt z wytwórnią Island (część koncernu Universal), co oznacza, że zapewne wkrótce album dostępny będzie na całym świecie.(mam)

embed video plugin powered by Union Development