Ból rozstania - Nasz Swiat
27
Śr, październik

Zdrowie i uroda

Kiedy zaczynamy o sobie mówić „my”, to nie jesteśmy już osobami A i B, lecz stanowimy całość, zupełnie nową jakość. Związek dwojga ludzi jest jak istota. Dlatego rozstanie staje się utratą cząstki ciała, oderwaniem kawałka ziemi z terytorium, które powstało, gdy byliśmy razem.

Rozpad związku jest jak śmierć czegoś, czego już nigdy więcej nie będzie. Tego wszystkiego co mogłoby się wydarzyć tylko pomiędzy dwojgiem ludzi, których drogi właśnie się rozchodzą. Dlaczego tak się dzieje?
Najczęściej chodzi o niespełnione sny, wyobrażenia na temat związku. O wszystkie wasze pragnienia, nadzieje, potrzeby związane z tym, co miało się pomiędzy wami wydarzyć, a się nie wydarzyło. W pewnym momencie przychodzi świadomość, że nasze marzenia się nie zrealizują, nie z tym człowiekiem.

Zanim dojdzie do rozstania, poruszamy się na granicy dwóch przestrzeni: mrocznej i świetlistej. Po ciemnej stronie dotykamy niezaspokojenia, wątpliwości, utraty złudzeń. Czasem, gdy ta druga osoba zrobi jakiś gest – zaprosi nas do kina, poda kawę, wyjdzie gdzieś z nami – wyciąga nas z mroku. Jest lepiej, ale na chwilę. Nadal jednak znajdujemy się na huśtawce nastrojów i za jakiś czas znów budzimy się na drugim biegunie. Ale rozstanie nadal nie jest przesądzone, czujemy raczej, że nie możemy być ani razem, ani osobno.

Ważna jest świadomość utraconych marzeń, czyli tego co nami tak targa. Kiedy myślimy sobie: „Już z nim nie wytrzymam! Mam ochotę spakować go i wystawić mu walizki za drzwi!” – pójdźmy dalej za tym wyobrażeniem, pomyślmy jakby to było, co czulibyśmy w momencie, kiedy rzeczywiście partner zniknąłby z naszego świata. Co się wydarzy z naszymi uczuciami?

Możemy wtedy usłyszeć swój własny głos: „O nie!... są dzieci, tworzymy przecież fajną rodzinę, tyle ciągle nas łączy”. Kiedy jednak zwracamy się mocniej w stronę mroczną, może okazać się, że tym co nas czeka jest rozstanie.

Czujemy, że w tym związku nie wydarzy się już nic, co będzie karmić naszą duszę. Gdzieś tam w głębi siebie wiemy, że jedyne co można zrobić, to wyjść z tej relacji i ją zakończyć. Bo wiemy już, że ten człowiek nie będzie z nami dzielił pasji, nie będzie nic razem tworzył. Nie mamy już wspólnych planów, nie założymy rodziny, lub nie możemy już dalej jej razem tworzyć. Po prostu: to nie jest ta właściwa osoba.
Kiedy tworzymy następny związek, namawiam, aby te świetliste sny zabrać ze sobą. Dopilnować, by podobna sytuacja nie miała miejsca w kolejnej relacji. Warto powiedzieć sobie: „Oczekuję, by partner był czuły, imponował mi, wymyślał fajne miejsca, w które mnie zabierze, aby sprawiał mi przyjemność…”.

Wcale nie jest łatwo powiedzieć wprost o swoich pragnieniach i oczekiwaniach. Dobrze jest wiedzieć jaka wartość za nimi stoi i co jest dla nas naprawdę ważne.

Z ludźmi jest tak, że jeden ma prościutką ścieżkę i na niej związek. Dusza wtedy rozkwita, nikt nie jest ofiarą, nie poświęca się, ani nie trzyma się drugiego jak „pijany słupa”, bo ma niską samoocenę. Niestety drudzy nie mają tak łatwo i suną przez życie zygzakiem.

Kiedy para jest bezradna, to wówczas często nie wie, czy się rozstać, czy nie. Konflikty stają się tak zapiekłe, że naprawdę nie wiadomo już o co chodzi. Bywa też tak, że wkrada się między nas obojętność. W takiej chwili może pomóc powrót do początku związku, do tych historii, które Was połączyły. Czyli do mitu relacji, która jest wzorem związku. Nad mitem para pracuje wspólnie, szuka swego snu, bada w jakim miejscu jest obecnie, co takiego istniało kiedyś, a teraz tego brak. Może poczucia humoru, może ciszy, albo właśnie aktywności, wspólnego działania. Ludzie przypominają sobie czego pragną, kim dla siebie są, co na początku ich nawzajem fascynowało. Jak to odnaleźć? Czasem wystarczy pojechać w miejsce, w którym związek się zaczął. Tam musi być siła, która ten związek połączyła. Ona może uzdrowić.

Kiedy jednak dochodzi do rozstania – potrzebna jest akceptacja zmiany. Nie znaczy, że odbędzie się bez łez, trudności, wszystkich tych reakcji, które są związane z żałobą – bo rzeczywiście jest to żałoba i trzeba to przeżyć. Ludzie rozumieją, że coś takiego się przydarza. Jeśli nie masz dość siły, aby podołać codzienności, pewnie potrzebujesz odsunąć ją na jakiś czas. Zaufaj swojej słabości, wypłacz się, wyzłość. Myślę, że jest to potrzebne, by iść dalej. Warto pozwolić sobie na ujawnienie uczuć, zwłaszcza jeżeli w związku są dzieci, to pomaga im poradzić sobie z tym. Nie ma sensu ukrywać bólu i płakać po kątach.

Żałoba to moment słabości i ciszy, który często następuje po okresie burzy i konfliktów, towarzyszących rozstaniu czy rozwodowi. Gdy to wszystko się działo, żyliśmy w napięciu, które nas mocno mobilizowało. Nasza słabsza część nie mogła się ujawnić. Dopiero po burzy jest czas by dać jej dojść do głosu, usunąć się na bok i zająć się sobą. To bolesne doświadczenie, trudny czas, kiedy naprawdę możemy potrzebować pomocy, szczególnie wtedy, gdy to ta druga strona postanowiła odejść.
Może pojawić się uporczywe poczucie winy, np. w przypadku kiedy rozstajemy się mimo, że mamy dzieci. To też wymaga przeżycia, wypłakania, wygadania.

Rozstanie jest porażką, to nieprawdopodobny stres, ale skoro do niego dochodzi, to widocznie tak miało być. Warto oddać trochę odpowiedzialności losowi, to daje wielką ulgę. Wtedy łatwiej jest pogodzić się z tym, co się stało. Bo jeśli robiliśmy to, co mogliśmy, pracowaliśmy nad sobą, związkiem, jego mitami, a jednak się rozstajemy, to pewnie tak miało się stać. Musimy uwolnić się od starego, by mogło wydarzyć się coś nowego. Przestańmy próbować, stać w miejscu, w którym już nic nie urośnie. Na rozstanie można spojrzeć jak na katastrofę, a na katastrofę, jak na twórczy akt. Gdzieś jest kolejny początek. Czasami wygląda strasznie, bo nie wiadomo, co jest dalej. Nie wszystko jednak da się przewidzieć, ale to właśnie jest niesamowicie piękne, tajemnicze.

Dorota Gontarz
psycholog