Miłość niejedno ma imię. Jak nie pomylić jej z niczym - Nasz Swiat
28
So, maj

Zdrowie i uroda

Wszyscy tęsknimy za wielką, prawdziwą miłością, która uleczy nasze rany, ochroni przed złem świata, uczyni nas aniołami w ziemskiej skórze. I tak błąkamy się po świecie w poszukiwaniu swojej drugiej połówki, czekamy na księcia na białym koniu albo... księżniczkę.

„Kocham Go. Bedę z nim na dobre i na złe. Jest najlepszym przyjacielem…”. Zwykle jednak wyobrażając sobie przyszłość koncentrujemy się na jasnej stronie życia zapominając o tej ciemniejszej. Nie chcemy bolesnych lekcji. Dlatego potem często zdarza się, że to wyśnione, wymarzone, wyidealizowane uczucie rani, krzywdzi i rozczarowuje.
Iza urodziła się w rodzinie, w której ojciec większość czasu przebywał w pracy, a kiedy był w domu ciągle był pijany. Z matką - kobietą zimną i niedostępną emocjonalnie nie miała ciepłych relacji. Inna historia: Kiedy Ewa miała 13 lat zmarł jej ojciec, z którym była bardzo związana. Z matką nie miała dobrych relacji. Była ukochana córeczka tatusia, a on pewnego dnia ją, opuścił, pozostawiając w sercu córki nienasycony głód miłości.
Dziś obie kobiety mają po 30-tce i kilka nieudanych związków za sobą. Niedawno trafiły na terapię. Co było impulsem? Jeśli chodzi o Ewę to dwa lata temu spotkała dużo starszego mężczyznę, którego pokochała całym sercem. Pragnęła całkowitego połączenia z partnerem. Okazała się przy tym zaborcza, zabiegająca o kontakt i pomimo, że mężczyzna darzył ją silnym uczuciem, ciągle czuła się niewystarczająco kochana.

Czym była naprawdę miłość Ewy?
Powtórką znanej i gwałtownie przerwanej relacji z ojcem. Kiedy etap zauroczenia minął, a w związku pojawiły się pierwsze rozczarowania, oczywiste stało się, że potrzeba całkowitego stopienia się z partnerem, wywodząca się z dziecięcej potrzeby symbiozy z rodzicami, nie ma szans na realizację. Ewa nie była gotowa wejść w związek, tworząc dojrzałą - opartą na miłości relację. Relację, w której jest miejsce na radość i smutek, uniesienia i cierpienia, okresy bliskości i oddalenia. Dla niej miłość nadal była emocją, a właściwie powrotem do znanych, nieuświadomionych emocji przeżywanych w relacji z ojcem, w których nie ma miejsca na zranienia, rozczarowania czy kompromisy – tworzy się w ten sposób obraz idealnej miłości, idealnego partnera. Nie była w stanie zaakceptować faktu, że żaden partner nie jest w stanie zapełnić pustki w sercu po zmarłym ojcu .
Związek miłosny nie może być powieleniem związku z rodzicami. Nawet od najbardziej kochającego partnera, partnerki nie dostaniemy tego, czego nie dostaliśmy od rodziców, bo to zupełnie inna relacja. Musimy zaakceptować, że miłość ma także ciemne strony, tak jak każdy z nas ma swoje wady i zalety. Kłócimy się, bywamy rozczarowani sobą nawzajem, potrzebujemy dystansu. Dopiero wtedy przestajemy gonić za niespełnionymi fantazjami, a zaczynamy rozumieć, że w dojrzałym, autentycznym związku dwojga ludzi jest miejsce i na śmierć (iluzji na swój temat i temat relacji), i na narodziny nowej jakości.
Ludzi przyciąga do siebie zewnętrzność, fascynacja cielesnością i pożądanie, a w głębszej podświadomej warstwie, pchają nas ku sobie... podobne historie z przeszłości. Miłość jest ślepa, a stan zakochania nie jest najlepszym doradca. Budujemy związek na potrzebach ego, które jest głodne miłości . W relacji ożywają nasze rany z dzieciństwa i łudzimy się, że ukochany człowiek je uleczy.

Tak naprawdę, w pierwszej chwili nie mamy pojęcia, kim jest nasz partner. Nie wiemy nawet, kim jesteśmy my sami, bo w fazie zakochania zachwycamy się wszystkim, co w nas najlepsze, bo właśnie w tym stanie ujawniamy przed sobą nawzajem tylko to. Z góry zakładamy, iż podobnie czujemy, doświadczamy świata, jesteśmy połówkami tego samego jabłka. Chcąc nie chcąc, zaczynamy dotykać w partnerze, ale też w sobie, nie tylko to co piękne, ale również to, co straszy obrzydza, budzi lek. W relacji po raz pierwszy pojawia się ból: umierają iluzje bezwarunkowej miłości.

Jedno goni, drugie ucieka. Jedno chce ślubu, drugie - wolnego związku. Pojawiają się wątpliwości czy z kim innym nie byłoby nam lepiej (?). W sercach zakochanych goszczą obok siebie: miłość i przerażenie.

Aby kochać prawdziwie, trzeba pokonać własny lęk, a nawet wiele lęków. Na przykład on boi się, że dla dobra związku, będzie musiał zrezygnować z własnej wolności, niezależności; ona boi się, że kiedy partner dowie się jaka jest naprawdę, zostawi ją.

To punkt, w którym wielu ludzi się dystansuje, zatrzymuje rozwój relacji i czeka co będzie dalej. Kiedy minie czas zauroczenia, fascynacji, budzi się strach przed zaangażowaniem, bliskością. Zakochanie dzieje się samo, tymczasem dojrzały związek wymaga bardzo ciężkiej pracy. Spadają różowe okulary, a partner nie wydaje się już taki idealny, „on mnie, oszukał myślałam, że jest inny”. „Jak mogła mi to zrobić?!”.

Obok miłości, w sercu pojawia się rozczarowanie, lęk, że to była pomyłka, zły wybór. Pojawia się dawna obawa, być może ktoś ją tam zasiał, że to ze mną jest coś nie tak, że nie zasługujemy na miłość. Na światło dzienne wychodzą wady, denerwujące nawyki partnera, ale także nasze własne . Partner jest lustrem, w którym odbijają się nasze negatywne cechy; zaborczość, egoizm, chęć dominacji i kontroli.

Pod wpływem jego różnych, często nieświadomych działań ożywają w nas urazy z przeszłości. Na początku mamy wrażenie, że to druga osoba obudziła w nas demony: „przecież ja taka nie jestem”, „to ona doprowadza mnie do tego, że robię się zimny jak głaz!”. To bardzo trudny, ale też ważny moment w relacji. Jest jeszcze czas by wycofać się ze związku, uciec w iluzję, że przy innym mężczyźnie okażemy się aniołami, a przy innej kobiecie – czułym opiekunem i czułym kochankiem.

Czasem zdobywają się na odwagę trwania w związku, bo potrzeba miłości jest tak silna, że nie pozwala odejść. To staje się przełomem. Chcąc nie chcąc, zaczynamy dotykać w partnerze, ale także i w sobie nie tylko tego co piękne, ale również tego, co straszy, obrzydza, budzi lek. Ożywają przykryte maską iluzje idealnego uczucia: kompleksy, kłopotliwe nawyki i cechy charakteru – twój egoizm, jego łatwość obrażania się zamiast konfrontacji, potrzeba samotności. Umierają iluzje bezwarunkowej miłości, idealnego partnera, idealnych nas samych. Rodzi się pytanie: „Co powinno umrzeć we mnie, żebym mogła prawdziwie pokochać?”.

Niezwykle ważny okazuje się ten pierwszy raz, gdy zasnęliśmy ramię w ramię, objęci, a rano pokazaliście sobie nawzajem wasze prawdziwe twarze, bez masek. Ty w tym silnym mężczyźnie zobaczyłaś jego bezbronność, wrażliwość, łatwość wzruszania się. On, dla odmiany, odkrył twoją siłę, upór w dążeniu do celu. Poczuliście, że macie szansę dopełnić się nawzajem, dawać sobie wsparcie, śmiać się i płakać razem.

Miłość z uczucia przeradza się w relację, kiedy odpuszczamy kontrolę nad lękiem przed odrzuceniem i otwieramy się na partnera, choć wiemy, że będziemy bardziej podatni na zranienia. Zaczynamy rozumieć i akceptować fakt, że emocje przychodzą i odchodzą bo taka jest ich natura, a miłość to na przemian radość i cierpienie .

W miejsce „chcę” pojawia się duchowa sfera związku. Nie boimy się już pokazywać swojej siły, ale też słabości. Ufamy, że skoro partner nas kocha, zaakceptuje nasze zalety i wady.
 

Łzy wylane w gabinecie psychologa, to sposób na uleczenie ran z przeszłości. Łzy zmieszane ze współczuciem do siebie i drugiego człowieka to wskazówka, jak pokochać siebie i partnera . Te rany każdy z nas jest w stanie goić sam, partner może służyć jedynie wsparciem i akceptacją. Dopiero wtedy jesteśmy gotowi na otwarcie serca na miłość. Ufamy sobie nawzajem i pomagamy w wewnętrznej transformacji. Zaczynamy wierzyć, że zasługujemy na miłość.
 

Wewnętrznie przeobrażeni, pozbawieni iluzji, z wdzięcznością do siebie nawzajem, gotowi na wzloty i upadki, to ostatni etap miłosnej relacji. Już wiemy, ze miłość w najlepszej swojej postaci jest ciągiem następujących po sobie śmierci i ponownych narodzin, czyli bólu i radości.
„Kochać, to znaczy wziąć w objęcia i przetrwać wiele końców i wiele początków” - pisze Estes.


Psycholog Dorota Gontarz- Szeptuch
Tel. 3270821265