Podniebny ukłon: Motolotnią nad Monte Cassino - Nasz Swiat
24
Cz, czerwiec

Monte Cassino

„Widzę ciebie, ponownie, ziemio męki, pole chwały. Tam w dole zaklęsła się w krzakach przeczuwana tylko przez zabijanych i ranionych prawda o tobie, przebłyskująca w ostatniej godzinie…".

 

„Widzę ciebie, ponownie, ziemio męki, pole chwały. Tam w dole zaklęsła się w krzakach przeczuwana tylko przez zabijanych i ranionych prawda o tobie, przebłyskująca w ostatniej godzinie…
Żyje mi w oczach każdy szczyt, jar, ścieżka, każde urwisko, kotlinka, spad.
Ziemia ta dla mnie nie jest zastygłym stołem plastycznym, a te wszystkie jej stoki i przeciwstoki, zakrzaczenia, głazowiska grają swoim odrębnym życiem w miarę jak przypominam sobie – co się tu działo”.

Melchior Wańkowicz, Bitwa o Monte Cassino

Przeszło piętnaście  lat dreptania pośród wszystkich zakamarków montecassińskiego pola bitwy na polskim odcinku natarcia. Mnisze poszukiwanie najdrobniejszych pamiątek i śladów tamtego czasu zapisanego na zawsze dla chwały polskiego oręża. Niezliczona ilość podejść, zejść, wspinaczek i ślęczenia w miejscu na kolanach pośród cierni miejscowej gęstwiny. To wszystko utwardza ducha i ciało, a uczy pokory wobec tej ziemi. To też tysiące spojrzeń w niebo i marzenie objęcia choć na chwilę tego wszystkiego z lotu ptaka, jak uczynił to tuż po zakończonej bitwie Melchior Wańkowicz.

Teraz przecieram oczy i budzę się odmieniony. Marzenie stało się spełnieniem i przyszło do mnie najzupełniej niespodziewanie. Zaczęło się od zwykłej drobnostki, jednego wypowiedzianego przed moją Danusią zdania – „Dobrze byłoby gdybyśmy choć podziękowali pilotowi motolotni, który zrzucił płatki kwiatów w czasie tegorocznych uroczystości w Piedimonte (20 maja br., przyp. autora). Sam też zawsze marzyłem, aby z nieba móc choć przez chwilę spojrzeć na Monte Cassino”.

Czytaj także: Dwóch Włochów w oryginalny sposób uczciło pamięć o żołnierzach Andersa

Do tej chwili nie wiem jak, ale te słowa rozbudziły w Danusi, która razem z moim przyjacielem Egidio Pittiglio (wieloletnim i codziennym opiekunem Polskiego Cmentarza Wojennego na Monte Cassino) i jego narzeczoną Corradą uknuli plan wyniesienia mnie pod chmury i przeniesienia podniebnym szlakiem ponad masywem górskim Monte Cassino – Monte Cairo.

31 lipca 2011 roku. Niedzielny poranek. Spotykamy się na polowym lądowisku  klubu lotniczego Air Wolf położonego niedaleko miasteczka Sant'Angelo in Theodice przy rzece Gari u wlotu do doliny Liri. To tutaj, w styczniu 1944 roku krwawą przeprawą spłynęli żołnierze amerykańscy z 36. „Teksańskiej” Dywizji Piechoty. Rzeka i czas zmyły rany tego miejsca. Pozostała pamięć i ból rodzin oraz zapis na licznych tutaj pomnikach i tabliczkach w tej miejscowości.

Wszystko odbywa się zgodnie z umówionymi wcześniej detalicznie rozkazami pilota motolotni Antonio Mattia. Zasady lotu są jasne i surowe. Nie może być wiatru, ani jakichkolwiek podejrzanych warunków pogodowych. Waga załogantów musi być sprowadzona do minimum, bez żadnych zbędnych przedmiotów, które mogłyby wyfrunąć z kieszeni do śmigła.



Z Wańkowiczem nie było inaczej. Przed wylotem spod Venafro, choć nie motolotnią, a wojskową awionetką dywizjonu samolotów obserwacyjnych, jego pilot Joe Tolson (zginął w niespełna rok później pod Bolonią) zmuszony był wymontować radio i pozostawić na ziemi spadochrony. Niebagatelne 120 kilogramów wagi słynnego pisarza i reportażysty z trudem udało się pogodzić wobec zamysłu podniebnej wyprawy. Interesujące przy tym, o czym warto przypomnieć, iż wówczas do tego dywizjonu przydzielonych było 6 polskich oficerów ze służb artylerii, jako obserwatorów koordynujących i naprowadzających ogień na stanowiska niemieckie. W niedługim czasie po bitwie, właściwie już na przełomie maja i czerwca 1944 roku podjęto zamysł utworzenia takiej jednostki specjalnej, czyli pododdziału lotnictwa dla wojsk lądowych w ramach 2. Korpusu Polskiego. Po intensywnych zabiegach organizacyjnych i szkoleniowych, z początkiem września 1944 r. powołano 663. Dywizjon Samolotów Artylerii zwany eskadrą „Kubusiów”, które służyły nam niestrudzenie do zakończenia wojny.

Czytaj także:  Archiwum artykułów o Monte Cassino K. Piotrowskiego

Wróćmy tymczasem do naszego ustrojstwa, pięknie nazywanego w języku włoskim – deltaplano a motore, którego wzniesienie się w przestrzeń powietrzną zajmuje nieuchwytny moment. Tuż po starcie obraliśmy kierunek nad Monte Trocchio, skąd rozpościera się piękna panorama montecassińskiego masywu górskiego oraz położonego malowniczo u stóp góry klasztornej miasta Cassino na styku dolin Rapido i Liri. Ustalając wcześniej na polowym lotnisku określone azymuty, musieliśmy wyeliminować z planu przelot nad koszarami, więzieniem i samym Klasztorem Montecassino, gdyż jest to prawnie zabronione. No cóż, nie można zbytnio wymyślać, skoro na wielkim stole ma się same wspaniałości.
Pierwszy lot przeprowadziliśmy wszystkimi możliwymi kierunkami i serpentynami lotniczymi ponad odcinkiem polskiego natarcia w bitwie o Monte Cassino. Pozostał w mojej pamięci zapis kompletnego obrazu poszczególnych wzgórz i miejsc. Dla wszystkich, których łączy podobna z moją pasja, wymienione nazwy pozwolą szybko zrozumieć co zarejestrował tego dnia obiektyw mojego aparatu fotograficznego – Góra Klasztorna, Dolina Śmierci, Góra Ofiarna, Głowa Węża, Wielka i Mała Miska, Gardziel, Widmo, Żbik, Droga Polskich Saperów, Wąwóz Moździerzy, Góra Anioła Śmierci i wszechobecne Oko Cyklopa.

 


Dla dopełnienia i rozszerzenia lotniczego obrazu, kolejny lot odbyłem zaledwie w dwa tygodnie później, 15 sierpnia. Wieczorem, dnia poprzedniego odpowiedział na moją wiadomość Antonio informując, iż zapowiadają doskonałe warunki pogodowe. Z dotarciem o wczesnej porze do bazy motolotniarskiej nie było najmniejszego kłopotu, gdyż na nocleg zatrzymałem się w Domku Doktora u zaprzyjaźnionych Pittigliów. Z domku tego, przepełnionego także historią dotyczącą Polski, rozpościera się niesamowity widok na Klasztor Montecassino, od którego pięknej nocnej melodii dzwonów umykają myśli o zaśnięciu. Noc zawsze upływa tutaj cudnie. Nadszedł szybko poranek. Mając wcześniej przygotowany i zamyślony plan kolejnego przemieszczenia powietrznej przestrzeni, postanowiłem zarejestrować dodatkowy obraz masywu górskiego Monte Cassino – Monte Cairo oraz znacznej części obszaru naszego i przeciwnego zaplecza wojennego w czasie bitwy. Trasa i długość lotu musiały tym samym być znacznie wydłużone. Udało się dzięki temu zarejestrować m.in. przestrzeń nad doliną rzeki Rapido, wąwozu Inferno Track, przestrzeni pomiędzy Portella a Vallerotonda, gdzie umiejscowione były stanowiska pułków artylerii ciężkiej. Później lecąc, aż do Roccasecca (gdzie przyszedł na świat przed wiekami Tomasz, zapisany w historii, jako św. Tomasz z Akwinu) możliwe było dokładne zlustrowanie okolic Pizzo i Passo Corno, Monte Cairo oraz szlaku wycofywania się oddziałów niemieckich. Drogą powrotną do bazy motolotniarskiej przebyliśmy przestrzeń nad doliną Liri.

To wszystko, łącznie dwie i pół godziny lotu nad tą ziemią świętą i przeklętą to wrażenie, którego nie sposób porównać z niczym innym na tym świecie. Łącznie udało się wykonać około 650 ujęć fotograficznych z różnych wysokości dochodzących do 900 metrów n.p.m. i przy prędkości maksymalnej bliskiej 110 km/h. Nieodparta chęć poznania historii tego miejsca trwać będzie we mnie nadal i wiem, że niebawem powrócę w podniebną przestrzeń tego miejsca.

Składam najserdeczniejsze podziękowanie dla Danusi Wojtaszczyk, Egidio Pittiglio i Antonio Mattia za spełnienie mojego największego marzenia.
Pierwszy lot zaś dedykuję Profesorowi Wojciechowi Narębskiemu, który co dzień mobilizuje mnie do dalszego zgłębiania wiedzy.

Tekst i zdjęcia
Krzysztof Piotrowski

GALERIA: Kliknij na zdjęcie, aby powiększyć

{gallery}galleries/motolotnia{/gallery}